Mario
David
Jaki był ten dzień?
Najwspanialszy czy jednak najgorszy w ciągu ostatnich, co najmniej, 10 lat?
- Wypijmy! – radośnie obwieścił Gabi, podrywając się ze
swojego krzesła. Jęk zawodu, z jakim się spotkał, ani trochę nie ostudził jego
entuzjazmu. – Za ostatni dzień wakacji! No co z wami? – zlustrował twarz
każdego ze swoich towarzyszy. Nikt nie był
pijany tak, jak on i nikt nie miał takiej ochoty jak on, żeby wlać w siebie jeszcze odrobinę
wyskokowego napoju. Zawiesił wzrok na Mario, ostatniej desce ratunku, ale ten
nawet bez słów odszyfrował zamiary przyjaciela i ruchem ręki dał znać, że
pasuje. Zasmucony Gabi spuścił głowę i potulnie usadowił się na swoim stołku.
Żywe rozmowy w trzyosobowych grupkach wróciły, a pomocnik Atletico Madryt
posmutniał jeszcze bardziej.
- Jednak wypijemy.
- Tak! – zapiszczał wesoło Gabi i rzucił się z
kieliszkiem na Juanfrana, sprawcę całego zamieszania, który aktualnie szczerzył
się do telefonu. Oswajając się z atakiem czułości poklepał przyjaciela po
ramionach, które ciasno go oplotły, i odłożył swoją komórkę na stolik.
- David Villa zawodnikiem Rojiblancos?! - odczytała na głos jego żona i od razu
spojrzała na swoją przyjaciółkę, Maritę. Ta ściągnęła mocno usta i wbiła wzrok
w miskę z sałatką grecką. Męska część towarzystwa wydała z siebie okrzyki
radości i z równie wielką euforią uzupełniła swoje szkiełka. Marita złapała za
lampkę wina i szybko pozbyła się jej zawartość, tym samym niczym nie wyróżniając
się od reszty. Po jednym głębszym oddechu jej twarz się rozpogodziła, nawet do
tego stopnia, że przyłączyła się do czegoś, co Gabi nazwałby śpiewaniem.
- Cześć.
Zmierzyła wzrokiem mężczyznę, który znikąd pojawił się
obok niej. Nie czekając na jej odpowiedź, przykucnął, a następnie usiadł i
skrzywił się z niezadowolenia temperaturą piasku.
- Cześć.
- Co tu robisz?
- Trzeźwieję – zaśmiała się gorzko.
- Mogę się dołączyć? – poczekał aż Marita skinie głową i
dodał. – Chyba trochę przesadziliśmy. A zwłaszcza Gabi! We trzech go
wynosiliśmy! Ja, Juanfran i Koke… Niech cię nie zwiodą te pijackie zapędy, -
uśmiechnął się lekko – na treningach i na boisku to pracoholik. Nie ma z nim
żartów. Cholerny perfekcjonista.
- Macie wakacje, możecie trochę wyluzować. W końcu to
Majorka!
- A właśnie, właśnie! Jak podoba ci się moja piękna
Majorka? – wyszczerzył się niemiłosiernie, co bez trudu dostrzegła w blasku
księżyca.
- Niewątpliwie miła odskocznia od zatłoczonego Madrytu,
ale sądzę, że tych najpiękniejszych miejsc widzieliśmy jakieś… dziesięć
procent. Marnego przewodnika mieliśmy.
- Ach tak?
- Tak. Nijaki Mario Suarez nas oprowadzał. Nie mam
pojęcia, kto mu dał uprawnienia! – teatralnie przewróciła oczami i dodała kilka
odpowiednich gestów. Wprost uwielbiała droczyć się z Hiszpanem.
Spoważniał.
- Odszczekaj to!
Spojrzała na niego i z szerokim uśmiechem przecząco
pokiwała głową. Reakcja była błyskawiczna. Lekki kuksaniec od razu
nienaturalnie wykrzywił jej posturę. Przeklęła w duchu swoją wrażliwość na
łaskotki.
- Odwołaj swoje oszczerstwa – zdenerwował się jeszcze
bardziej.
Kolejna odmowa i kolejny palec dziabnął bok Marity. Potem
jeszcze raz.
- Proszę, przestań!
Sytuacja, w jakiej się znalazła,
śmiało można nazwać krytyczną. Zimny piasek gryzł ją w plecy, ręce miała
skrępowane nad głową, a cały tyłów przywalony był ciężarem Suareza. W
normalnych okolicznościach rozkoszowałaby się taką bliskością Mario, ale teraz
wszystkiej jej myśli były skupione na łapaniu tchu.
Przestał. Przesunął twarz dokładnie nad jej twarz i
wyczekiwał przeprosin, jednocześnie wpatrując się w jej oczy. Uśmiechnęła się
najszerzej jak tylko mogła. Przeniósł wzrok na usta Marity i wyraźnie
zmniejszył dystans. Speszyła się nieco.
- Jesteś najwspanialszym przewodnikiem jakiego poznałam –
wyszeptała, a Suarez delikatnie musnął jej wargi.
NARESZCIE, przemknęło przez myśl każdemu z nich.
Zacisnęła dłonie na mokrej
poręczy i wzięła głęboki oddech. Poczuła gęsią skórkę na gołych nogach, a
później z zachwytem śledziła jej ekspansję po całym ciele. W końcu dreszcz
przebiegł po jej plecach. Każdy podmuch wiatru to tysiące szpileczek wbijanych
w skórę. Nie mogła dojść do porozumienia z samą sobą, czy to sprawia jej ból,
czy raczej przyjemność. Tak samo, jak nie wiedziała, czy zaliczyć ten dzień do
udanych, czy do totalnie chujowych… Przymknęła powieki i pozwoliła, aby wiatr,
niosący mikroskopijne kropelki wody, uderzył w jej twarz. Kolejna fala dreszczy
przebiegła po jej ciele. Stała tak już dobre kilkanaście minut. Wciąż w tej
samej pozycji i wciąż z tym samym mętlikiem w głowie. Usłyszała gdzieś za sobą
ciche piknięcie zegarka obwieszczające godzinę pierwszą w nocy. Pokręciła głową z zażenowaniem. Z
zażenowaniem dla samej siebie. Deszcz powoli tracił na sile, a szum wody
przestał przypominać odgłos gigantycznego wodospadu. Oberwanie chmury przeszło
do historii. Najciekawsze już minęło – można wracać do pokoju. Można ułożyć się
na białej pościeli, wlepić wzrok w sufit i doczekać poranka. Można kolejny raz
wrócić myślami do przeszłości…
* * *
- Coś trzeba ci pomóc? – zapytała Any.
- Przydałoby się donieść szaszłyków, bo widziałam, że już
wszystko poszło na ruszt. Wyciągnij z lodówki. Gdzieś tam powinny być –
poinstruowała przyjaciółkę i wróciła do krojenia warzyw.
Marita bez słowa wykonała polecenie, zabrała pełną tacę i
po chwili wróciła z dwoma pustymi.
- Kocham swojego męża i uwielbiam jego kolegów, ale chyba
trochę przegina – syknęła.
- Wreszcie spotkali się w komplecie – posłała Anie lekki
uśmiech. – Muszą się nagadać, najeść, napić…
- Ja wszystko rozumiem! I nawet popieram… Ale dlaczego
zawsze u nas?!
- Juanfran lubi mieć dom pełen ludzi – wzruszyła
ramionami. – Chętnie bym cię odciążyła, ale moje mieszkanie jest trochę za małe
jak na dwudziestu chłopa.
- My po prostu doceniamy twój talent kulinarny, Ana.
Usłyszały za plecami Suareza, który mimochodem rzucił tę
uwagę i nie oczekiwał jakiejkolwiek odpowiedzi. Bardziej skupił się na
grzebaniu w lodówce. Po upływie dwóch minut i upadku jogurtu oraz główki
kapusty Mario zamknął lodówkę i zrezygnowany podszedł do dziewczyn.
- Widziałyście może piwo?
Marita z politowaniem pokręciła głową i z powrotem
otworzyła niedawno zamknięte urządzenie.
- Trzecia od góry, proszę. – wręczyła Hiszpanowi
sześciopak piwa a następnie pogłaskała go po policzku. Złożył soczystego całusa
na jej ustach i wybiegł z kuchni.
- Widzę, że wszystko idzie w dobrym kierunku – zaśmiała
się Ana.
- Od pożegnania z Majorką praktycznie jesteśmy
nierozłączni. To kino, to spacer, to kolacja… Jest wspaniale!
- Jestem dobrą swatką – powiedziała dumnie.
- Najlepszą – przytuliła przyjaciółkę. – A teraz chodź!
Nam też coś się należy – uśmiechnęła się szeroko i pociągnęła Anę na patio,
gdzie cała impreza miała miejsce.
W swoim trzydziestojednoletnim życiu zdarzyło mu się
wiele mało komfortowych sytuacji. Takich, w których nie miał bladego pojęcia,
jak się zachować ani co powiedzieć. Był już doświadczonym człowiekiem,
wiedział, co to znaczy się krępować. Wierzył, że dowcipem bądź obojętnością
jakoś dało się z tego wymiksować. Lubił w sobie tą umiejętność. Zawsze
wychodził z twarzą i to uważał za powód do dumy. Teraz jedynie usłyszał szczebioczącego
Koke „Zobaczcie kogo znalazłem!”, rzucił pozdrowienie skierowane do wszystkich
i stanął jak wryty, gdy jego wzrok spoczął na Maricie. Do jego uszu docierał
wesoły gwar kolegów z drużyny, słyszał nawet pytania skierowane do niego, ale
jakoś nie reagował. Nie potrafił. Kompletnie się zawiesił… Przerwała spojrzenie
i uśmiechnęła się triumfalnie. Poczuł się jak skończony idiota.
- Wyglądałeś, jakbyś ducha zobaczył, Davidzie.
Jej głos wyrwał go z zamyślenia. Dość nerwowo odwrócił
się w kierunku Marity i ociężale oparł się o ścianę. Zdusiła w sobie śmiech.
Jego zakłopotanie łechtało jej próżność.
- Ducha… - wymamrotał bezmyślnie.
- Na szczęście, a może niestety, duchem nie jestem.
Bardzo się starałeś i powiem ci, że niewiele brakło.
- Niewiele? – z wielkimi trudnościami przełknął ślinę.
Postanowiła nie opowiadać mu, przynajmniej nie teraz, o
swojej depresji. Pierwszy raz od dawien dawna czuła się silniejsza od niego i
nie chciała zniszczyć tej chwili robiąc mu wyrzuty spowodowane dwiema próbami
samobójczymi i przepłakanym rokiem. Zmarnowała tyle życia na człowieka, który
teraz nawet nie potrafił zamknąć ust zdradzających całkowite zdezorientowanie.
Gardziła Asturczykiem. Leniwym ruchem
sięgnęła do torebki i wyciągnęła paczkę papierosów.
- Jak na współczesną
Hiszpanię przystało oczywiście nie mogłam znaleźć pracy po studiach. Na
uzupełniającym kursie w Madrycie poznałam Anę. Już wtedy była zaręczona z twoim
szanownym kolegą. Zaprzyjaźniliśmy się. Niesamowicie mi pomogli. Właściwie
wszystko, co dobrego spotkało mnie w życiu, zawdzięczam właśnie im. Może nie
mam trójki dzieci i obrączki na palcu, ale jestem szczęśliwa i żyję ogromną
nadzieją, że twój pobyt tutaj niczego nie zmieni. Że nie zniszczysz mi życia po
raz drugi…
Wetknęła zapalonego papierosa do ust i zaciągnęła się.
Spojrzała jeszcze raz na Davida, który bardziej przypominał siedmioletniego
chłopczyka boleśnie uświadomionego, że Święty Mikołaj nie istnieje, niż
dojrzałego mężczyznę. Wypuściła dym z płuc i odeszła.
Przecież nie paliła, pomyślał, odprowadzając ją wzrokiem.
Sam przed sobą musiał przyznać, że zmieniła się nie do poznania. Nie z wyglądu,
bo nawet włosy kręciły jej się w ten sam sposób, co dwanaście lat temu. Dziwiło
go każde jej słowo i każdy gest. Marita znała go na wylot, on o niej nie
wiedział nic i pewnie dlatego ta cała sytuacja była tak przerażająca.
* * *
- To co, panowie? Świętujemy w starym stylu? Robię listę
chętnych! – wesoły i bardzo doniosły głos należący do Courtois dotarł do
wszystkich zakamarków szatni i uciszył pozostałe rozmowy. Na chwilę zapanowała
grobowa cisza, a bramkarz Atletico już planował wycofać się w cień. Wyjazdy na
drugi koniec Europy dawały doskonałe okazje, by
trochę zaszaleć, a Thibaut nie miał ochoty rezygnować z jednej z nich. Zgnieciona
koszulka, którą dostał w tył głowy, od razu odwiodła go od tego pomysł.
Podniósł zmasakrowany materiał i odczytał nazwisko.
- Uuu, Młody, szalejesz! – zafalował brwiami w stronę
Olivera Torresa. – Widzę, że ważniaka udajesz. Lekki rozkrok, pierś wypięta, ręce
skrzyżowane, groźne spojrzenie… No, no. – zacmokał i diametralnie zmienił ton
głosu na cukierkowy – Nasza mała dzidzia dorasta!
Oliver nawet nie spostrzegł, kiedy jedno ramię Belga oplotło jego szyję, a
drugie zaczęło czochrać włosy.
- Spierdalaj!
- Dobra, już przestaję, bo jeszcze się rozmyślisz – ucałował
Hiszpana w policzek i puścił go. – Koke, a ty?
- NIE!
- Kokeee?
- Dobrze wiesz, że nie umiem tylko patrzeć.
- We dwóch tak głupio, no…
- To może sobie odpuść?
- Hm? Nie. Nie cierpię spędzać jesiennych nocy samotnie.
Te zimowe, o dziwo, jeszcze mogą być, ale jesienne – nie ma opcji. A dzisiaj
mam ochotę na taką pulchniutką blondynkę. Co ty na to? Weźmiemy ci jakąś
przyzwoitkę, chcesz?
- Odejdź, szatanie! Przestań kusić!
Zaśmiał się głośno i podszedł Suareza, który dopiero
opuścił prysznic. Odkąd nauczył się hiszpańskiego, słowotok i roztrzepanie były
swoista wizytówką Belga.
- Mario, idziesz?
- Gdzie?
W odpowiedzi otrzymał tylko szeroki uśmiech. Z lekkim
rozbawieniem pokręcił przecząco głową.
- To już drugi raz! Mario, bracie, co z tobą?
Courtois wyprzedził zamiary Hiszpana i to on usiadł na
ławce. Skutecznie zablokował kilka prób Suareza, który chciał zabrać swoje
ubrania, a następnie przybrał minę „Tell me more” i zamrugał oczami.
- Starszą pannę ma, cała tajemnica – wtrącił Gabi i
uwiesił się na ramieniu pomocnika. Dobrze wiedział w jakim kierunku zmierza
rozmowa.
- Aaaaha, to takie buty. To mówisz, Mario, że już nigdy
nie będziesz głodny i napalony? – za ten tekst został zdzielony po głowie, ale
i tak kontynuował. – Powiedz, dobra jest? Mi chyba możesz powiedzieć? Zawsze
dzieliłeś się wrażeniami, pragnę ci przypomnieć.
Mario uśmiechnął się zawadiacko.
- Dobra? Zajebista! Nawet sobie nie wyobrażasz, co robi z
Księciuniem. A do tego jej fantazje… Człowieku!
W Villi właśnie coś pękło. Słuchał przekomarzań kolegów i
z uśmiechem czekał na dalszy rozwój wypadków, ale słowa o Maricie były jak cios
pod żebra.
- Może już wystarczy?!
- Ale co?
- Trochę szacunku w odniesieniu do kobiet! W buszu cię
wychowali czy jak?! – warknął ponownie, a potem już tylko pamiętał, że go
odciągali od Suareza i zadawali głupie pytania…
W końcu, gdy David wyszedł z szatni i atmosfera trochę
ostygła, w drzwiach pojawił się Turan. Omiótł wzrokiem całe zgromadzenie, ale
nie za bardzo znalazł to, czego szukał.
-Adra? – usłyszał Belga, a potem dostrzegł jego wielką
łapę machającą z kąta pomieszczenia.
Odpowiedź na pytanie, które nigdy nie padło, była tylko
jedna.
- Idę!
* * *
Zaczęła szukać klucza jeszcze będąc w windzie. Zawsze
zajmowało jej to mnóstwo czasu. Wszystko przez tę pierońską torebkę! Z zewnątrz
takie cudeńko, że każdej jednej oczy się zaświecą, a w środku same
nieprzemyślane decyzje. Projektanci powinni dołączyć do niej mapkę, wtedy może
byłoby prościej. Dotarła na piąte piętro i drzwi się rozsunęły. Szła na pamięć,
wciąż grzebiąc w torebce. Ani na chwilę nie rzuciła okiem na korytarz. Dopiero
wkładając klucz do zamka poczuła czyjąś obecność za sobą.
- David? Co ty tu robisz?
- Chciałem z tobą porozmawiać – odparł krótko.
- Zgłupiałeś do reszty?! A gdyby Mario wszedł ze mną na
górę? Pomyślałeś o tym w ogóle?
- Nie krzycz. Wejdziemy do środka, porozmawiamy i sobie
pójdę.
Przewróciła oczami i przystała na jego propozycję. Zaraz
po wejściu do mieszkania skierowała się do barku i nalała sobie kieliszek
koniaku, dopiero potem ściągnęła płaszcz. Villa postanowił nie czekać na
zaproszenie i sam sięgnął po kieliszek. Opróżnił go szybko i zmierzył wzrokiem
brunetkę. Miała czarne rajstopy i kusą, pomarańczową sukienkę, a to w
połączeniu z wysokimi szpilkami dawało piorunujący efekt. Wracała z randki. Nie
dla każdego wybierała tak piękne i seksowne ubranie. Przeklął w duchu na myśl,
że stara się dla kogoś, kto nie jest tego wart.
- Powiesz wreszcie, co to za sprawa?
- Powinnaś go zostawić.
Zamarła na kilka sekund, w końcu nie wytrzymała
spojrzenia i odeszła kilka kroków, dzierżąc w ręku pełny kieliszek. Odwróciła
się od niego, by zebrać myśli i opróżniła szkło.
- Kim ty, do jasnej cholery, jesteś, żeby mówić mi takie
rzeczy?! Jak śmiesz w ogóle!
- Dzielę z nim szatnię już od trzech miesięcy. Trochę się
nasłuchałem o waszych relacjach, zwłaszcza o sprawach łóżkowych. Mario cię
kompletnie nie szanuje.
Roześmiała się głośno, co całkowicie go zdeprymowało. Wbił
wzrok w podłogę, nie chcąc wyjść na skończonego idiotę. Przez chwilę zwątpił w
słuszność swojej racji, ale tylko przez chwilę.
- David, proszę cię. Mówisz to, jakbyś urodził się
wczoraj. Zdarzyło mi się pracować na stacji benzynowej i wiem, jak wyglądają
rozmowy w męskim gronie. Teraz pracuję z dojrzałymi i wykształconymi facetami,
ale w tym temacie zmieniło się niewiele. Nie wiem, gdzie podziewałeś się przez
te wszystkie lata, skoro coś takiego cię gorszy.
- Boję się, że cię skrzywdzi.
Uśmiech zszedł z jej twarzy. Szalka się przelała…
- Nikt nie skrzywdzi mnie bardziej niż ty! Słyszysz? Nie
ma większego sukinsyna od ciebie! – niewiele myśląc cisnęła kieliszkiem w jego
kierunku, uchylił się w ostatnim momencie. – Nie masz najmniejszego prawa
głosić mi takich herezji! Wynoś się! Wynoś się z mojego życia!
Ani drgnął. Może gdyby krzyknęłaby jeszcze raz albo dwa
razy, w końcu skierowałby się ku drzwiom, ale Marita zamiast użyć siły swojego
głosu postanowiła użyć pięści. A właściwie drobnych rączek, które David szybko
chwycił w nadgarstkach i unieruchomił. Wierciła się, krzyczała i wyzywała go,
ale niewiele z tego do niego docierało. Panował nad jej złością, która wcale
nie malała.
Przejął nad nią kontrolę. Nie znała go z tej strony.
Zupełnie ją zaskoczył swoim zdecydowaniem i, bądź co bądź, brutalnością. Wpił
się w jej usta całkowicie niespodziewanie.
Zaczęli się przemieszczać w głąb pokoju. Broniła się, ale był
silniejszy. Całował zachłannie aż się nie oddała bez reszty.
Doszła, ale on nie zamierzał zadowolić się tą jedną
chwilą. Nie zrezygnował z pieszczoty, nie pozbierał swoich ubrań i nie wyszedł
po angielsku. Całował jej dekolt, potem piersi, aż w końcu wrażliwe na łaskotki
podbrzusze. Zamruczała z rozkoszy. Nie chciała, ale to było silniejsze od niej.
Schodził wciąż niżej i niżej. Wiedziała, że za kilkanaście sekund nastąpi kres
tej wędrówki. Omiotła wzrokiem podłogę zaścieloną ich ubraniami i wibrujący
telefon, który najwyraźniej wypadł z torebki w trakcie szamotaniny. Na
wyświetlaczu pojawiło się „Mario”.
- David, przestań! – syknęła i uwolniła się z jego objęć.
- Skarbie, wyobraź sobie, że jeszcze nie udało mi się
dojechać do domu. Cholerne korki! Dłużej tak nie może być i chyba właśnie
wymyśliłem rozwiązanie – usłyszała głos ukochanego w telefonie. – Powinniśmy
zamieszkać razem. Wszystko mi jedno czy u mnie, czy u ciebie, czy w zupełnie
innym mieszkaniu, ale razem! Hm. Co o tym myślisz?
Strzelała oczami po pokoju w nadziei, że znajdzie gdzieś
jakąś podpowiedź. Serce waliło jej jak oszalałe, a umysł odmówił współpracy.
- Zaczekaj chwilę, woda mi się zagotowała. Muszę herbatę
zalać – skłamała na poczekaniu.
Natknęła się na wyczekujący wzrok Villi. Odsunęła telefon
od ucha i przykryła dłonią mikrofon.
- Pyta się, czy z nim zamieszkam.
Zacisnął usta w wąską linię i nic nie odpowiedział.
Utrzymując kontakt wzrokowy znów podniosła telefon.
- Tak, Mario. Uważam, że to genialny pomysł. Powinniśmy
zamieszkać razem. Jutro jeszcze porozmawiamy na ten temat, teraz nie ma
odpowiednich warunków. Pa, kocham cię.
Rozłączyła się i odłożyła komórkę na stół.
- Co?!
- Co co?
- Zamieszkasz z nim?! Po tym wszystkim, co dzisiaj się
stało? – wciąż nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
- Tak, zamieszkam z nim. Najpierw tu, w Madrycie, a później we Włoszech. Tydzień temu Mario dogadał się z makaroniarzami – schyliła się po kilka ubrań,
które następnie cisnęła w Davida. – Ubieraj się! Idę pod prysznic i jak wrócę
ma tu cię nie być. Nigdy! Twoja żona pewnie zastanawia się, gdzie jesteś…
Zabrakło mu słów. Nie rozumiał jej nawet w najmniejszym
stopniu. Gdy czuł, że robi postępy, ona zmieniała maskę i stawała się kimś
zupełnie innym.
- Aha i jeszcze jedno. To nie ja chciałam tego ślubu.
Wcale mi się nie śpieszyło. To ty, jak durny, wyczekiwałeś dnia moich
osiemnastych urodzin, by wreszcie móc mnie zaciągnąć do ołtarza. Do ołtarza,
przy którym powiedziałeś „Nie, jestem za młody jeszcze”. A dwa lata później już
nosiłeś obrączkę – rzuciła na odchodne.
________________________________________
Zainspirowane piosenką Moniki Brodki "Żoną miałam być"

