sobota, 14 grudnia 2013

3. Dedykacja

Uwaga! Opowiadanie pisane na żarty, tylko i wyłącznie dla beki. Chyba jedynie mnie to bawi, no ale... xD 
Powstało z okazji planowania wyjazdu na Mistrzostwa Europy U-19. Ostatecznie na Litwę pojechał tylko Bellerin.

Gerard 


Hector


Ja




- Trzeba było wyższą urosnąć!
No tak, cały on. Zamiast mi pomóc, to się śmieje. To ja się poświęcam, taszczę dla niego torbę pełną piwska, przeciskam się oknem, a pan Przyszła Gwiazda nie zamierza wyciągnąć do mnie ręki.
- Nie możesz mnie wpuścić drzwiami?
- Gdybym mógł to bym to zrobił – stwierdził z powagą, a chwilę potem na jego twarzy zagościł cwany uśmieszek. – Chociaż jakby się tak zastanowić… Ładnie wyglądasz wisząc tak w oknie.
Zignorowałam jego uwagę i jeszcze bardziej postarałam się zwalczyć przeszkodę, jaką jest wysoko zamieszczone okno. Powoli, powoli i udało się wdrapać tam jedną nogą, z drugą już był mniejszy problem. Poprawiłam torbę wiszącą na swoim ramieniu i popatrzyłam wyczekująco na głównego sprawcę zamieszania.
- Zdolną mam dziewczynę – powiedział dumnie, po czym zbliżył się, chcąc skraść mi całusa.
Odsunęłam się.
- Po pierwsze, dziewczynę masz w Barcelonie. Po drugie, nie zasłużyłeś.
Teatralnie posmutniał i bez słowa zaprowadził mnie do swojego pokoju. Skrzętnie zamknął drzwi na klucz, mrucząc coś pod nosem. Wciąż udawałam obrażoną, więc nawet nie wysilałam się, żeby zrozumieć jego pokaleczony angielski. Udawałam wielce zaciekawioną jego pokojem, który szczerze mówiąc ani trochę nie był ciekawy. Śmiem twierdzić, że mógł robić za skansen radzieckiego wnętrza… Tylko portretu Stalina brakowało. W końcu opadłam na łóżko, a Gerard zajął miejsce obok mnie.
- Wedle zamówienia – podałam mu torbę.
- Dzięki, ale to może zaczekać – odstawił ją na skraj łóżka i przybliżył się do mnie. Skrupulatnie próbowałam zwiększać dystans, ale z postawy siedzącej, przez półsiedząco, zostałam zmuszona do przyjęcia postawy leżącej. Tak, leżącej. Z leżącym na mnie Katalończykiem. I rękoma przytrzymani nad głową.
- Chyba powinnam zacząć krzyczeć.
- Krzycz. Ochrona bardzo chętnie cię stąd wyprowadzi.
Zrobiłam naburmuszoną minę, co jeszcze bardziej go rozbawiło. Byłam tutaj całkowicie nielegalnie. I ja mogłam mieć problemy, i on… Leżeliśmy w tej pozycji jeszcze kilka minut. Nigdy nie byłam dobra we wpatrywaniu się w oczy innych. Zawsze mnie to peszyło. Tym razem było podobnie – przegrałam. Ba! Mało tego, że przegrałam, wydusiłam z siebie przepraszające „nie gniewam się już”. Uśmiechnął się tylko triumfalnie i wpił się w moje usta.
* * *
- W puszkach?! – oburzył się święcie.
Uniosłam jedną brew ku górze i skrzyżowałam ramiona.
- W szklanych butelkach to cholerstwo byłoby jeszcze cięższe. Sorry, kotek, wybrałeś sobie niewłaściwą osobę.
- Bardzo właściwą – uśmiechnął się szeroko i wrócił do przenoszenia piwa z torby do szafki nocnej. Zastygł w jednej pozie na dźwięk pukania do drzwi. Mnie też co nieco zmroziło, ale grzecznie czekałam na dalszy rozwój wypadków. Przecież drzwi są zamknięte. Zdążę się schować do łazienki. Czy coś. Moje średnio rozgarnięte przemyślenia przerwało pytanie rzucone w języku hiszpańskim. Nic nie zrozumiałam, ale Deulo zdecydowanie się rozluźnił, gdy usłyszał odpowiedź zza drzwi.  Podszedł do nich i przekręcił klucz, a do pokoju jak burza wpadł wysoki brunet z dziwną fryzurą.
Na kilku krokach w ekspresowym tempie się skończyło. Strzelał wzrokiem to na mnie, to na alkohol, to na właściciela pokoju. Po paru uwagach szybko wymienianych w języku hiszpańskim i po moim żądaniu, chłopcy wreszcie przerzucili się na angielski.
- Nic się tobą nie pochwalił – odezwał się do mnie i usiadł naprzeciwko. – Niewdzięczny. Na twoim miejscu już dawno znalazłbym sobie kogoś innego.
- Niby ciebie? – zaśmiał się skrzydłowy młodzieżowej reprezentacji.  Poczułam jego dłoń na swojej talii. Przyciągnął mnie dosyć znacznie do siebie, jakby chciał pokazać, że to do niego należę.
* * *
Bellerin nie miał najmniejszego zamiaru opuścić pokoju. Swojego pokoju, co stale podkreślał. I pokoju, w którym było piwo… Suszyło go ponoć cały dzień. W sumie to jestem skłonna mu uwierzyć. Spragniony nawet tą litewską lurę wypije w trymiga. Tak zrobił.
Wciąż nie mogliśmy się zdecydować, w jaki sposób spędzić to popołudnie. Mieliśmy zagrać w pokera, ale jakoś żadnemu nie chciało się ruszyć tyłka i obejść pokoje chłopaków z pytaniem „Macie może karty…?”. Za ciężko.
- Może film? – zaproponowałam w końcu. Ile mam pozwalać bawić się moją dłonią?!
-  Niegłupie. Tylko w jakim języku? – Hector odessał się od swojej puszki. – To beztalencie nie zrozumie słowa z amerykańskiego filmu.
Poleciała pierwsza poduszka.
- Hiszpański z polskimi napisami?
- Znajdziesz taki?
Skinęłam głową. Przecież już nieraz w domu tak oglądałam. Należę do osób, które uważają lektora za zuooooo. Niestety lista filmów w takiej formie była krótka i nie zachwyciła chłopców. Oczy im się zaświeciły dopiero przy Pamiętniku Nimfomanki .
- Z wami tego oglądać nie będę – skrzywiłam się po raz wtóry tego dnia.
Hiszpanie zaczęli się przekrzykiwać i rywalizować o tytuł najgłupszej uwagi. Na szczęście wibrujący telefon wybawił mnie od tej bezsensownej sprzeczki.  Widząc imię koleżanki na wyświetlaczu, spokojnie zaczęłam w swoim ojczystym języku, kompletnie nie przejmując się dwójką dzieciaków.
- Nie wiem kiedy wrócę. Pewnie niedługo, bo chłopcy koniecznie chcą  świerszczyka włączyć – zajrzałam na obecny stan pulpitu w laptopie i chcąc nie chcąc musiałam go głośno skomentować. – Boże, to jest obrzydliwe. Przecież plastik wylewa jej się z cycków! Macie spaczony gust!!!
- Ja tam nie wybrzydzam. Przynajmniej ma cycki.
Poleciała druga poduszka.
- Chłopcy czyli kto? – usłyszałam w telefonie.
- Gerard i Hector – nie wiedząc czemu akurat tym przykułam ich uwagę. Zamknęli swoje japy i słuchali co tłumaczę dla nich na angielski. – Koleżanka cię pozdrawia – jak mocno musiał mieć w czubie Bellerin, że zaczął machać do telefonu? – i prosi o twój autograf…
Skinął głową i od razu się zabrał za poszukiwanie kartki i czegoś do pisania.
- … i zdjęcie chce. Rozbierane.
Odsunęłam komórkę od ucha, żeby nie ogłuchnąć. Krzyki, piski, protesty, groźby, wyzwiska… U, leciało wszystko naraz.
- Dobra, jednak nie chce twojego zdjęcia nago. Nagle strasznie cnotliwa się zrobiła – wzruszyłam ramionami.
- A mojego nie chce? – wtrącił się Deulo.
- Rozbieranego zdjęcia?! Wiem, kotek, że lubisz sobie robić takie fotki w lustrze, ale nie dzisiaj – rzuciłam kąśliwie. – Ciebie ma już dosyć – pogłaskałam blondyna po policzku i krótko pocałowałam w ramach pocieszenia.
- Proszę – Hector wręczył mi kartkę ze swoim… podpisem.
- Przepraszam bardzo, ale w którym miejscu jest tutaj „Hector Bellerin”? Bardziej nabazgrać się nie dało?!
- Przecież tu jest „Hector” – pokazał na wyraz, który moim zdaniem miał trzy litery. – a tu „Bellerin”.
Obdarzyłam go kpiącym spojrzeniem i wręczyłam czystą kartkę.

- Jeszcze raz. Z dedykacją. Dla Natalii. 

środa, 27 listopada 2013

2. Żoną miałam być


Mario


David





Jaki był ten dzień? Najwspanialszy czy jednak najgorszy w ciągu ostatnich, co najmniej, 10 lat?

- Wypijmy! – radośnie obwieścił Gabi, podrywając się ze swojego krzesła. Jęk zawodu, z jakim się spotkał, ani trochę nie ostudził jego entuzjazmu. – Za ostatni dzień wakacji! No co z wami? – zlustrował twarz każdego ze swoich towarzyszy. Nikt nie był pijany tak, jak on i nikt nie miał takiej ochoty  jak on, żeby wlać w siebie jeszcze odrobinę wyskokowego napoju. Zawiesił wzrok na Mario, ostatniej desce ratunku, ale ten nawet bez słów odszyfrował zamiary przyjaciela i ruchem ręki dał znać, że pasuje. Zasmucony Gabi spuścił głowę i potulnie usadowił się na swoim stołku. Żywe rozmowy w trzyosobowych grupkach wróciły, a pomocnik Atletico Madryt posmutniał jeszcze bardziej.
- Jednak wypijemy.
- Tak! – zapiszczał wesoło Gabi i rzucił się z kieliszkiem na Juanfrana, sprawcę całego zamieszania, który aktualnie szczerzył się do telefonu. Oswajając się z atakiem czułości poklepał przyjaciela po ramionach, które ciasno go oplotły, i odłożył swoją komórkę na stolik.
- David Villa zawodnikiem Rojiblancos?!  - odczytała na głos jego żona i od razu spojrzała na swoją przyjaciółkę, Maritę. Ta ściągnęła mocno usta i wbiła wzrok w miskę z sałatką grecką. Męska część towarzystwa wydała z siebie okrzyki radości i z równie wielką euforią uzupełniła swoje szkiełka. Marita złapała za lampkę wina i szybko pozbyła się jej zawartość, tym samym niczym nie wyróżniając się od reszty. Po jednym głębszym oddechu jej twarz się rozpogodziła, nawet do tego stopnia, że przyłączyła się do czegoś, co Gabi nazwałby śpiewaniem.

- Cześć.
Zmierzyła wzrokiem mężczyznę, który znikąd pojawił się obok niej. Nie czekając na jej odpowiedź, przykucnął, a następnie usiadł i skrzywił się z niezadowolenia temperaturą piasku.
- Cześć.
- Co tu robisz?
- Trzeźwieję – zaśmiała się gorzko.
- Mogę się dołączyć? – poczekał aż Marita skinie głową i dodał. – Chyba trochę przesadziliśmy. A zwłaszcza Gabi! We trzech go wynosiliśmy! Ja, Juanfran i Koke… Niech cię nie zwiodą te pijackie zapędy, - uśmiechnął się lekko – na treningach i na boisku to pracoholik. Nie ma z nim żartów. Cholerny perfekcjonista.
- Macie wakacje, możecie trochę wyluzować. W końcu to Majorka!
- A właśnie, właśnie! Jak podoba ci się moja piękna Majorka? – wyszczerzył się niemiłosiernie, co bez trudu dostrzegła w blasku księżyca.
- Niewątpliwie miła odskocznia od zatłoczonego Madrytu, ale sądzę, że tych najpiękniejszych miejsc widzieliśmy jakieś… dziesięć procent. Marnego przewodnika mieliśmy.
- Ach tak?
- Tak. Nijaki Mario Suarez nas oprowadzał. Nie mam pojęcia, kto mu dał uprawnienia! – teatralnie przewróciła oczami i dodała kilka odpowiednich gestów. Wprost uwielbiała droczyć się z Hiszpanem.
Spoważniał.
- Odszczekaj to!
Spojrzała na niego i z szerokim uśmiechem przecząco pokiwała głową. Reakcja była błyskawiczna. Lekki kuksaniec od razu nienaturalnie wykrzywił jej posturę. Przeklęła w duchu swoją wrażliwość na łaskotki.
- Odwołaj swoje oszczerstwa – zdenerwował się jeszcze bardziej.
Kolejna odmowa i kolejny palec dziabnął bok Marity. Potem jeszcze raz.
- Proszę, przestań!
Sytuacja, w jakiej się znalazła, śmiało można nazwać krytyczną. Zimny piasek gryzł ją w plecy, ręce miała skrępowane nad głową, a cały tyłów przywalony był ciężarem Suareza. W normalnych okolicznościach rozkoszowałaby się taką bliskością Mario, ale teraz wszystkiej jej myśli były skupione na łapaniu tchu.
Przestał. Przesunął twarz dokładnie nad jej twarz i wyczekiwał przeprosin, jednocześnie wpatrując się w jej oczy. Uśmiechnęła się najszerzej jak tylko mogła. Przeniósł wzrok na usta Marity i wyraźnie zmniejszył dystans. Speszyła się nieco.
- Jesteś najwspanialszym przewodnikiem jakiego poznałam – wyszeptała, a Suarez delikatnie musnął jej wargi.
NARESZCIE, przemknęło przez myśl każdemu z nich.

Zacisnęła dłonie na mokrej poręczy i wzięła głęboki oddech. Poczuła gęsią skórkę na gołych nogach, a później z zachwytem śledziła jej ekspansję po całym ciele. W końcu dreszcz przebiegł po jej plecach. Każdy podmuch wiatru to tysiące szpileczek wbijanych w skórę. Nie mogła dojść do porozumienia z samą sobą, czy to sprawia jej ból, czy raczej przyjemność. Tak samo, jak nie wiedziała, czy zaliczyć ten dzień do udanych, czy do totalnie chujowych… Przymknęła powieki i pozwoliła, aby wiatr, niosący mikroskopijne kropelki wody, uderzył w jej twarz. Kolejna fala dreszczy przebiegła po jej ciele. Stała tak już dobre kilkanaście minut. Wciąż w tej samej pozycji i wciąż z tym samym mętlikiem w głowie. Usłyszała gdzieś za sobą ciche piknięcie zegarka obwieszczające godzinę pierwszą w nocy.  Pokręciła głową z zażenowaniem. Z zażenowaniem dla samej siebie. Deszcz powoli tracił na sile, a szum wody przestał przypominać odgłos gigantycznego wodospadu. Oberwanie chmury przeszło do historii. Najciekawsze już minęło – można wracać do pokoju. Można ułożyć się na białej pościeli, wlepić wzrok w sufit i doczekać poranka. Można kolejny raz wrócić myślami do przeszłości…

*  *  *

- Coś trzeba ci pomóc? – zapytała  Any.
- Przydałoby się donieść szaszłyków, bo widziałam, że już wszystko poszło na ruszt. Wyciągnij z lodówki. Gdzieś tam powinny być – poinstruowała przyjaciółkę i wróciła do krojenia warzyw.
Marita bez słowa wykonała polecenie, zabrała pełną tacę i po chwili wróciła z dwoma pustymi.
- Kocham swojego męża i uwielbiam jego kolegów, ale chyba trochę przegina – syknęła.
- Wreszcie spotkali się w komplecie – posłała Anie lekki uśmiech. – Muszą się nagadać, najeść, napić…
- Ja wszystko rozumiem! I nawet popieram… Ale dlaczego zawsze u nas?!
- Juanfran lubi mieć dom pełen ludzi – wzruszyła ramionami. – Chętnie bym cię odciążyła, ale moje mieszkanie jest trochę za małe jak na dwudziestu chłopa.
- My po prostu doceniamy twój talent kulinarny, Ana.
Usłyszały za plecami Suareza, który mimochodem rzucił tę uwagę i nie oczekiwał jakiejkolwiek odpowiedzi. Bardziej skupił się na grzebaniu w lodówce. Po upływie dwóch minut i upadku jogurtu oraz główki kapusty Mario zamknął lodówkę i zrezygnowany podszedł do dziewczyn.
- Widziałyście może piwo?
Marita z politowaniem pokręciła głową i z powrotem otworzyła niedawno zamknięte urządzenie.
- Trzecia od góry, proszę. – wręczyła Hiszpanowi sześciopak piwa a następnie pogłaskała go po policzku. Złożył soczystego całusa na jej ustach i wybiegł z kuchni.
- Widzę, że wszystko idzie w dobrym kierunku – zaśmiała się Ana.
- Od pożegnania z Majorką praktycznie jesteśmy nierozłączni. To kino, to spacer, to kolacja… Jest wspaniale!
- Jestem dobrą swatką – powiedziała dumnie.
- Najlepszą – przytuliła przyjaciółkę. – A teraz chodź! Nam też coś się należy – uśmiechnęła się szeroko i pociągnęła Anę na patio, gdzie cała impreza miała miejsce.

W swoim trzydziestojednoletnim życiu zdarzyło mu się wiele mało komfortowych sytuacji. Takich, w których nie miał bladego pojęcia, jak się zachować ani co powiedzieć. Był już doświadczonym człowiekiem, wiedział, co to znaczy się krępować. Wierzył, że dowcipem bądź obojętnością jakoś dało się z tego wymiksować. Lubił w sobie tą umiejętność. Zawsze wychodził z twarzą i to uważał za powód do dumy. Teraz jedynie usłyszał szczebioczącego Koke „Zobaczcie kogo znalazłem!”, rzucił pozdrowienie skierowane do wszystkich i stanął jak wryty, gdy jego wzrok spoczął na Maricie. Do jego uszu docierał wesoły gwar kolegów z drużyny, słyszał nawet pytania skierowane do niego, ale jakoś nie reagował. Nie potrafił. Kompletnie się zawiesił… Przerwała spojrzenie i uśmiechnęła się triumfalnie. Poczuł się jak skończony idiota.

- Wyglądałeś, jakbyś ducha zobaczył, Davidzie.
Jej głos wyrwał go z zamyślenia. Dość nerwowo odwrócił się w kierunku Marity i ociężale oparł się o ścianę. Zdusiła w sobie śmiech. Jego zakłopotanie łechtało jej próżność.
- Ducha… - wymamrotał bezmyślnie.
- Na szczęście, a może niestety, duchem nie jestem. Bardzo się starałeś i powiem ci, że niewiele brakło.
- Niewiele? – z wielkimi trudnościami przełknął ślinę.
Postanowiła nie opowiadać mu, przynajmniej nie teraz, o swojej depresji. Pierwszy raz od dawien dawna czuła się silniejsza od niego i nie chciała zniszczyć tej chwili robiąc mu wyrzuty spowodowane dwiema próbami samobójczymi i przepłakanym rokiem. Zmarnowała tyle życia na człowieka, który teraz nawet nie potrafił zamknąć ust zdradzających całkowite zdezorientowanie. Gardziła Asturczykiem.  Leniwym ruchem sięgnęła do torebki i wyciągnęła paczkę papierosów.
-  Jak na współczesną Hiszpanię przystało oczywiście nie mogłam znaleźć pracy po studiach. Na uzupełniającym kursie w Madrycie poznałam Anę. Już wtedy była zaręczona z twoim szanownym kolegą. Zaprzyjaźniliśmy się. Niesamowicie mi pomogli. Właściwie wszystko, co dobrego spotkało mnie w życiu, zawdzięczam właśnie im. Może nie mam trójki dzieci i obrączki na palcu, ale jestem szczęśliwa i żyję ogromną nadzieją, że twój pobyt tutaj niczego nie zmieni. Że nie zniszczysz mi życia po raz drugi…
Wetknęła zapalonego papierosa do ust i zaciągnęła się. Spojrzała jeszcze raz na Davida, który bardziej przypominał siedmioletniego chłopczyka boleśnie uświadomionego, że Święty Mikołaj nie istnieje, niż dojrzałego mężczyznę. Wypuściła dym z płuc i odeszła.
Przecież nie paliła, pomyślał, odprowadzając ją wzrokiem. Sam przed sobą musiał przyznać, że zmieniła się nie do poznania. Nie z wyglądu, bo nawet włosy kręciły jej się w ten sam sposób, co dwanaście lat temu. Dziwiło go każde jej słowo i każdy gest. Marita znała go na wylot, on o niej nie wiedział nic i pewnie dlatego ta cała sytuacja była tak przerażająca.

*  *  *

- To co, panowie? Świętujemy w starym stylu? Robię listę chętnych! – wesoły i bardzo doniosły głos należący do Courtois dotarł do wszystkich zakamarków szatni i uciszył pozostałe rozmowy. Na chwilę zapanowała grobowa cisza, a bramkarz Atletico już planował wycofać się w cień. Wyjazdy na drugi koniec Europy dawały doskonałe okazje, by trochę zaszaleć, a Thibaut nie miał ochoty rezygnować z jednej z nich. Zgnieciona koszulka, którą dostał w tył głowy, od razu odwiodła go od tego pomysł. Podniósł zmasakrowany materiał i odczytał nazwisko.
- Uuu, Młody, szalejesz! – zafalował brwiami w stronę Olivera Torresa. – Widzę, że ważniaka udajesz. Lekki rozkrok, pierś wypięta, ręce skrzyżowane, groźne spojrzenie… No, no. – zacmokał i diametralnie zmienił ton głosu na cukierkowy – Nasza mała dzidzia dorasta!
Oliver nawet nie spostrzegł, kiedy  jedno ramię Belga oplotło jego szyję, a drugie zaczęło czochrać włosy.
- Spierdalaj!
- Dobra, już przestaję, bo jeszcze się rozmyślisz – ucałował Hiszpana w policzek i puścił go. – Koke, a ty?
- NIE!
- Kokeee?
- Dobrze wiesz, że nie umiem tylko patrzeć.
- We dwóch tak głupio, no…
- To może sobie odpuść?
- Hm? Nie. Nie cierpię spędzać jesiennych nocy samotnie. Te zimowe, o dziwo, jeszcze mogą być, ale jesienne – nie ma opcji. A dzisiaj mam ochotę na taką pulchniutką blondynkę. Co ty na to? Weźmiemy ci jakąś przyzwoitkę, chcesz?
- Odejdź, szatanie! Przestań kusić!
Zaśmiał się głośno i podszedł Suareza, który dopiero opuścił prysznic. Odkąd nauczył się hiszpańskiego, słowotok i roztrzepanie były swoista wizytówką Belga.
- Mario, idziesz?
- Gdzie?
W odpowiedzi otrzymał tylko szeroki uśmiech. Z lekkim rozbawieniem pokręcił przecząco głową.
- To już drugi raz! Mario, bracie, co z tobą?
Courtois wyprzedził zamiary Hiszpana i to on usiadł na ławce. Skutecznie zablokował kilka prób Suareza, który chciał zabrać swoje ubrania, a następnie przybrał minę „Tell me more” i zamrugał oczami.
- Starszą pannę ma, cała tajemnica – wtrącił Gabi i uwiesił się na ramieniu pomocnika. Dobrze wiedział w jakim kierunku zmierza rozmowa.
- Aaaaha, to takie buty. To mówisz, Mario, że już nigdy nie będziesz głodny i napalony? – za ten tekst został zdzielony po głowie, ale i tak kontynuował. – Powiedz, dobra jest? Mi chyba możesz powiedzieć? Zawsze dzieliłeś się wrażeniami, pragnę ci przypomnieć.
Mario uśmiechnął się zawadiacko.
- Dobra? Zajebista! Nawet sobie nie wyobrażasz, co robi z Księciuniem. A do tego jej fantazje… Człowieku!
W Villi właśnie coś pękło. Słuchał przekomarzań kolegów i z uśmiechem czekał na dalszy rozwój wypadków, ale słowa o Maricie były jak cios pod żebra.
- Może już wystarczy?!
- Ale co?
- Trochę szacunku w odniesieniu do kobiet! W buszu cię wychowali czy jak?! – warknął ponownie, a potem już tylko pamiętał, że go odciągali od Suareza i zadawali głupie pytania…
W końcu, gdy David wyszedł z szatni i atmosfera trochę ostygła, w drzwiach pojawił się Turan. Omiótł wzrokiem całe zgromadzenie, ale nie za bardzo znalazł to, czego szukał.
-Adra? – usłyszał Belga, a potem dostrzegł jego wielką łapę machającą z kąta pomieszczenia.
Odpowiedź na pytanie, które nigdy nie padło, była tylko jedna.
- Idę!
*  *  *

Zaczęła szukać klucza jeszcze będąc w windzie. Zawsze zajmowało jej to mnóstwo czasu. Wszystko przez tę pierońską torebkę! Z zewnątrz takie cudeńko, że każdej jednej oczy się zaświecą, a w środku same nieprzemyślane decyzje. Projektanci powinni dołączyć do niej mapkę, wtedy może byłoby prościej. Dotarła na piąte piętro i drzwi się rozsunęły. Szła na pamięć, wciąż grzebiąc w torebce. Ani na chwilę nie rzuciła okiem na korytarz. Dopiero wkładając klucz do zamka poczuła czyjąś obecność za sobą.
- David? Co ty tu robisz?
- Chciałem z tobą porozmawiać – odparł krótko.
- Zgłupiałeś do reszty?! A gdyby Mario wszedł ze mną na górę? Pomyślałeś o tym w ogóle?
- Nie krzycz. Wejdziemy do środka, porozmawiamy i sobie pójdę.
Przewróciła oczami i przystała na jego propozycję. Zaraz po wejściu do mieszkania skierowała się do barku i nalała sobie kieliszek koniaku, dopiero potem ściągnęła płaszcz. Villa postanowił nie czekać na zaproszenie i sam sięgnął po kieliszek. Opróżnił go szybko i zmierzył wzrokiem brunetkę. Miała czarne rajstopy i kusą, pomarańczową sukienkę, a to w połączeniu z wysokimi szpilkami dawało piorunujący efekt. Wracała z randki. Nie dla każdego wybierała tak piękne i seksowne ubranie. Przeklął w duchu na myśl, że stara się dla kogoś, kto nie jest tego wart.
- Powiesz wreszcie, co to za sprawa?
- Powinnaś go zostawić.
Zamarła na kilka sekund, w końcu nie wytrzymała spojrzenia i odeszła kilka kroków, dzierżąc w ręku pełny kieliszek. Odwróciła się od niego, by zebrać myśli i opróżniła szkło.
- Kim ty, do jasnej cholery, jesteś, żeby mówić mi takie rzeczy?! Jak śmiesz w ogóle!
- Dzielę z nim szatnię już od trzech miesięcy. Trochę się nasłuchałem o waszych relacjach, zwłaszcza o sprawach łóżkowych. Mario cię kompletnie nie szanuje.
Roześmiała się głośno, co całkowicie go zdeprymowało. Wbił wzrok w podłogę, nie chcąc wyjść na skończonego idiotę. Przez chwilę zwątpił w słuszność swojej racji, ale tylko przez chwilę.
- David, proszę cię. Mówisz to, jakbyś urodził się wczoraj. Zdarzyło mi się pracować na stacji benzynowej i wiem, jak wyglądają rozmowy w męskim gronie. Teraz pracuję z dojrzałymi i wykształconymi facetami, ale w tym temacie zmieniło się niewiele. Nie wiem, gdzie podziewałeś się przez te wszystkie lata, skoro coś takiego cię gorszy.
- Boję się, że cię skrzywdzi.
Uśmiech zszedł z jej twarzy. Szalka się przelała…
- Nikt nie skrzywdzi mnie bardziej niż ty! Słyszysz? Nie ma większego sukinsyna od ciebie! – niewiele myśląc cisnęła kieliszkiem w jego kierunku, uchylił się w ostatnim momencie. – Nie masz najmniejszego prawa głosić mi takich herezji! Wynoś się! Wynoś się z mojego życia!
Ani drgnął. Może gdyby krzyknęłaby jeszcze raz albo dwa razy, w końcu skierowałby się ku drzwiom, ale Marita zamiast użyć siły swojego głosu postanowiła użyć pięści. A właściwie drobnych rączek, które David szybko chwycił w nadgarstkach i unieruchomił. Wierciła się, krzyczała i wyzywała go, ale niewiele z tego do niego docierało. Panował nad jej złością, która wcale nie malała.
Przejął nad nią kontrolę. Nie znała go z tej strony. Zupełnie ją zaskoczył swoim zdecydowaniem i, bądź co bądź, brutalnością. Wpił się w jej usta całkowicie niespodziewanie.  Zaczęli się przemieszczać w głąb pokoju. Broniła się, ale był silniejszy. Całował zachłannie aż się nie oddała bez reszty.

Doszła, ale on nie zamierzał zadowolić się tą jedną chwilą. Nie zrezygnował z pieszczoty, nie pozbierał swoich ubrań i nie wyszedł po angielsku. Całował jej dekolt, potem piersi, aż w końcu wrażliwe na łaskotki podbrzusze. Zamruczała z rozkoszy. Nie chciała, ale to było silniejsze od niej. Schodził wciąż niżej i niżej. Wiedziała, że za kilkanaście sekund nastąpi kres tej wędrówki. Omiotła wzrokiem podłogę zaścieloną ich ubraniami i wibrujący telefon, który najwyraźniej wypadł z torebki w trakcie szamotaniny. Na wyświetlaczu pojawiło się „Mario”.
- David, przestań! – syknęła i uwolniła się z jego objęć.
- Skarbie, wyobraź sobie, że jeszcze nie udało mi się dojechać do domu. Cholerne korki! Dłużej tak nie może być i chyba właśnie wymyśliłem rozwiązanie – usłyszała głos ukochanego w telefonie. – Powinniśmy zamieszkać razem. Wszystko mi jedno czy u mnie, czy u ciebie, czy w zupełnie innym mieszkaniu, ale razem! Hm. Co o tym myślisz?
Strzelała oczami po pokoju w nadziei, że znajdzie gdzieś jakąś podpowiedź. Serce waliło jej jak oszalałe, a umysł odmówił współpracy.
- Zaczekaj chwilę, woda mi się zagotowała. Muszę herbatę zalać – skłamała na poczekaniu.
Natknęła się na wyczekujący wzrok Villi. Odsunęła telefon od ucha i przykryła dłonią mikrofon.
- Pyta się, czy z nim zamieszkam.
Zacisnął usta w wąską linię i nic nie odpowiedział. Utrzymując kontakt wzrokowy znów podniosła telefon.
- Tak, Mario. Uważam, że to genialny pomysł. Powinniśmy zamieszkać razem. Jutro jeszcze porozmawiamy na ten temat, teraz nie ma odpowiednich warunków. Pa, kocham cię.
Rozłączyła się i odłożyła komórkę na stół.
- Co?!
- Co co?
- Zamieszkasz z nim?! Po tym wszystkim, co dzisiaj się stało? – wciąż nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
- Tak, zamieszkam z nim. Najpierw tu, w Madrycie, a później we Włoszech. Tydzień temu Mario dogadał się z makaroniarzami – schyliła się po kilka ubrań, które następnie cisnęła w Davida. – Ubieraj się! Idę pod prysznic i jak wrócę ma tu cię nie być. Nigdy! Twoja żona pewnie zastanawia się, gdzie jesteś…
Zabrakło mu słów. Nie rozumiał jej nawet w najmniejszym stopniu. Gdy czuł, że robi postępy, ona zmieniała maskę i stawała się kimś zupełnie innym.
- Aha i jeszcze jedno. To nie ja chciałam tego ślubu. Wcale mi się nie śpieszyło. To ty, jak durny, wyczekiwałeś dnia moich osiemnastych urodzin, by wreszcie móc mnie zaciągnąć do ołtarza. Do ołtarza, przy którym powiedziałeś „Nie, jestem za młody jeszcze”. A dwa lata później już nosiłeś obrączkę – rzuciła na odchodne.

________________________________________

Zainspirowane piosenką Moniki Brodki "Żoną miałam być"

piątek, 15 listopada 2013

1. Wybór


Andora, grudzień 2012

Poprawiła różową czapeczkę, która nieznośnie raz po raz opadała na oczy, jeszcze bardziej mierzwiąc blond kosmki włosów. Uśmiechnęła się, odzyskując widok na świat. Kilka kroków od niej ustawił się jej najukochańszy Tatuś. Z otwartymi ramionami czekał na swoją pociechę, aż ta odepchnie się kijkami i przejedzie na nartach swoje pierwsze w życiu metry. Zacisnęła mocniej drobne rączki i… nic. Cały rytuał skupiania uwagi poszedł na marne. Po przeciwnej stronie stoku mała Francuzka ujrzała zakochaną parę. Skąd wiedziała, że zakochaną? Wyglądali tak pięknie. Przypominali księżniczkę i księcia z bajki, tylko że nie mieli na sobie przepięknych strojów rodem z balu, a po prostu puchowe kurtki, jak większość narciarzy. Chłopak złapał za ręce swoją towarzyszkę i złożył na jej ustach subtelnego całusa.
- Ojej! Jak w filmie. – westchnęła cicho i odruchowo zasłoniła usta, ale byli za daleko, żeby ją usłyszeć. Za to ona usłyszała swoje imię, wypowiedziane przez zniecierpliwionego ojca. Posłała przepraszający uśmiech i jeszcze raz spojrzała w stronę zakochanych.
Dwa dni wcześniej słyszała w telewizji hasło „naoczny świadek”. Pamiętała, że spytała rodziców, co znaczą te dwa słowa w kółko wypowiadane przez pana z bardzo niesympatyczną twarzą. Odesłali ją do zabawek. Zawsze tak robili, gdy oglądali tego pana. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego taki brzydki ktoś jest ważniejszy niż ona… Posłusznie wróciła do zabawy, ciągle analizując te dwa słowa. Była inteligentną dziewczynką i teraz z pełnym przekonaniem mogła powiedzieć o sobie „naoczny świadek”. Wszystko stało się bardzo szybko. Nawet nie zdążyła wydać z siebie żadnego dźwięku pomiędzy ujrzeniem rozpędzonej narciarki a jej zderzeniem z połową tej wspomnianej pary. Obie upadły na śnieg, obie pisnęły… Spojrzała na Tatusia, ale już go tam nie było – zostawił ją ze starszym bratem i sprawnie prześliznął się w miejsce całego zajścia. Jasnym było, że dla tej trójki narciarskie szaleństwo dobiegło końca, przynajmniej tego dnia.
Jedna pani strasznie krzyczała i uderzała rękoma o śnieg, druga wstała, otrzepała się i próbowała przepraszać. Słuchał jej tylko ten chłopak. Prawda, zajmował się swoją ukochaną, ale słuchał tłumaczeń nieznajomej. Po kilku krótkich chwilach Tatuś i młody pan podnieśli poszkodowaną, która skrzywiła się z bólu. Blondyneczka ponownie poprawiła czapkę i pokręciła głową.

- Nie wierzę! To znowu ty!
Poczuła, że ktoś szarpnął ją za ramię.
- Czyli kto?
Spojrzała na dziwnie znajomą twarz. I w sumie niebrzydką, pomyślała.
- Wjechałaś dzisiaj w moją dziewczynę, a potem uciekłaś z miejsca wypadku!
Krótko, zwięźle i na temat. Tak, zdecydowanie odświeżył jej pamięć. Miała w planach poprawić sobie humor z grupką nowych znajomych, którzy już zajęli dwie kanapy przy samym kominku. Wino i międzynarodowe towarzystwo było tym, czego potrzebowała. Pan Mam-Wkurwiającą-Laskę nie był mile widziany…
- Bo darła japę jak nawiedzona – odpowiedziała spokojnie, unosząc jedną brew. – Mógłbyś ją od czasu do czasu trochę uciszyć, świat byłby ci wdzięczny.
Poklepała go po ramieniu i zostawiła zdezorientowanego, ale już po kilku krokach ponownie usłyszała jego głos.
- A wiesz czemu tak się wydzierała? – poczekał aż brunetka się odwróci, żeby odpowiedzieć na własne pytanie. – Bo skręciłaś jej nogę w kostce.
Spodziewał się zobaczyć jak jej mina rzednie, jak pokornieje, jak robi jej się głupio… Nic z tego.
- Do wesela się zagoi – odpowiedziała z kpiącym uśmieszkiem.
- A skąd wiesz, że nie pobieramy się tutaj? Na przykład w sylwestra.
- Bo nie wyglądasz na skończonego debila – puściła mu oczko i odeszła.

* * *
Do jakiego momentu można traktować zbiegi okoliczności jako przypadki, a kiedy stają się one zamierzoną działalnością? A przynajmniej kiedy zaczynamy doszukiwać się ingerencji kogoś więcej niż tylko Ślepego Losu? Veronica uznała, że to właśnie jest ta chwila, w której poczuła się jak bohaterka mizernej komedii romantycznej. Jeden stok, jeden hotel i takie same zażalenia do recepcjonistki. Tym razem to on nie zauważył jej. Spokojnie wysłuchała monologu Katalończyka i późniejszych zapewnień ze strony nieco przerażonej młodej dziewczyny, która dwie minuty wcześniej tłumaczyła się pannie Dominguez. Postanowiła wykorzystać okazję i  rozkręcić nieco swój pobyt w Andorze – przecież wakacje rządzą się swoimi prawami. Zaczekała aż wypełni wszystkie wytyczne, które zapewne dostał od swojej dziewczyny, i odejdzie kilka kroków.
- Ty, Śliczniutki! Idziesz ze mną na narty?

Od dobrych kilkudziesięciu minut gapił się w sufit, powoli tracąc nadzieję, że tej nocy w ogóle uśnie. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co przyniosło raptem kilka godzin. Spojrzał krótko na leżącą obok niego blondynkę i ciężko westchnął. Okłamał ją. Ot tak, bez mrugnięcia okiem i przede wszystkim bez potrzeby… Wyszło tak naturalnie, że nawet nie zorientował się, kiedy tego dokonał. Spontanicznie. A wszystko po to, żeby spotkać się z właścicielką jednego z najbardziej niewyparzonych języków w Zachodniej Europie. Coś w sobie ma ta dziewczyna! Jej arogancja w pewnym sensie mu imponowała, a już na pewno budziła zainteresowanie. Pamiętał tylko ordynarne zawołanie, krótką wymianę ciętych uwag i pierwszą lepszą wymówkę, żeby wymknąć się na stok. Nie była jak otwarta księga… Może to było w niej najbardziej pociągające. Zgadzał się na wszystko, nie potrafił jej znienawidzić, co pewnie czyniła większość ludzi mających styczność z Veronicą. Narciarskie szaleństwo było czysto przyjacielską rozrywką – bez podtekstów, bez dwuznacznych sytuacji, bez flirtu. Nie opowiadała o sobie, ale o swoich przemyśleniach i przeżyciach. Trzeźwo patrzyła na świat. Mówiła to, co myślała, a że myślała, to chętnie się jej słuchało.* Zaskakiwała go przy każdej zmianie tematu, ale nic nie było w stanie przebić szoku, jaki wywołała jej obojętność.
Narty w Andorze były pomysłem jej ojca, który wyraził chęć spędzenia większej ilości czasu ze swoją jedyną córką. Miał dojechać następnego dnia, nie przyjechał w ogóle… Wspomniała o tym kompletnie bez emocji, jakby robiła to setki razy. Nie udawała. Wydukał jakieś „Bardzo mi przykro”, ale szybko go za to zganiła. Umiała o siebie zadbać w takiej sytuacji i korzystać, ile wlezie. Zaradna, inteligentna, wygadana i piękna… Taka właśnie była Veronica, powód bezsenności i nic nie dających nocnych refleksji. 

* * *

- O czym myślisz?
Usłyszał lekko stłumiony głos należący do blondynki wtulonej w jego tors. Lubił to pytanie. Większość jego kolegów dostaje białej gorączki, gdy otrzymują takie pytanie. Tym razem było troszkę inaczej… Nie myślał o niej, myślał o innej. Wstydził się tego. Gdzieś w głowie pojawiła się obawa, że Maye odczytała jego myśli.
- O tej dziewczynie, która skręciła ci kostkę.
Usiadła raptownie i przyjrzała się mu uważnie. Odpowiedź nie przypadła jej do gustu, od razu to zauważył. Dobrze wiedział, co robi. Nikt, kto ma coś na sumieniu, nie wspomni o tym dobrowolnie albo przez przypadek.
- Widziałeś się z nią?
- Tak. Wypiliśmy dzisiaj gorącą czekoladę. Zapoznała mnie z kilkoma amatorami narciarstwa.
- Nic nie wspominałeś – delikatnie opadła na łóżko i ponownie ułożyła głowę na klatce piersiowej Katalończyka.
- Bo myślałem, że to nic ważnego. Ludzie, których już nigdy więcej nie zobaczę i o których szybko zapomnę. Ale… Siedzi mi w głowie ta rozmowa. Była dziwna.
- Dlaczego? – mruknęła, ujawniając swoją senność.
- Ze wszystkimi złapała wspólny język, podejmowała każdy temat, ani przez chwilę nie siedziała cicho. Uwielbiają ją. Na to przynajmniej wyglądało. A później każdy odszedł w swoją stronę… Ona została. Wiesz, że przyjechała tu sama? Jej ojciec miał się przyłączyć, ale stwierdził, że lepiej olać swoją córkę! Wyobrażasz sobie?!
- Ciiii, nie gorączkuj się. Ta suka nie jest tego warta. Nie chcę, żebyś o niej myślał, ok? Chodźmy spać.
Nie potrafił. Znowu. Obejmował jedną dziewczynę, wspominał pocałunek z drugą… To on całował ją, nie odwzajemniła gestu, ale też nie odrzuciła go. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Nie dała mu pretekstu ku temu. Zarówno przed i po pocałunku patrzyła na niego jak na kumpla. Nie rozumiał tego. Nie rozumiał, jak Veronica może być tak wyzuta z uczuć. Jak bardzo przepełniona obojętnością! Zachowała się tak, jakby nic się nie zdarzyło – bez mrugnięcia okiem. Wlepił wzrok w sufit i rozpoczął analizę od początku.


Barcelona, trzy miesiące później

- Kochanie, ogarnij się, bo to będzie twój ostatni raz, kiedy idziesz z nami na imprezę.
Katy pokornie pokiwała głową i w duchu przyrzekła sobie, że weźmie się w garść. Była podniecona. Dla Veroniki i spółki to była codzienność. Większość z nich zaliczyła już setki takich imprez. Cała idea sprowadzała się do tego, że prywatne przyjęcia miały ubarwiać dziewczyny z dobrych domów – nie piszczące nastolatki, nie ekskluzywne prostytutki, tylko właśnie młode damy lubiące wykorzystywać nieobecność swoich tatusiów, często bawiąc się z tatusiami swoich rówieśniczek. Trzy weekendy wcześniej spotkały się z niemiłą niespodzianką w postaci rodziciela jednej z nich. Ryzyko wpisane w zabawę… Biznesmeni, dyplomaci, czasami celebryci. Kontakty krążyły jak po sznurku. Stały u progu dorosłości, a już ze znajomościami, których pozazdrościłby każdy przedsiębiorca. Z tą różnicą, że żadna z nich nie myślała o przyszłości czy interesach. Dla dziewczyn to była tylko i wyłącznie zabawa na wysokim poziomie. Sprawy doszły do takiego etapu, że mogły przebierać w ofertach. Piłkarze miejscowego klubu nie byli nowymi „klientami”. Na większych domówkach lubili mieć sztuczny tłum. Tłum pięknych, młodych i bogatych dziewczyn…
- Katy, i pamiętaj o tym, że nie jesteś dziwką – upomniała ją Veronica. – Najlepiej, jakbyś dzisiaj nie kochała się z nikim. Zgodzisz się na pierwszą lepszą propozycję, a potem nie odpędzisz się od stada. Takie wieści szybko się rozchodzą. Nie będą cię szanować.
Spojrzała na nią lekko przerażona, ale przytaknęła.
- Skończyłyście nauki moralizatorskie? Możemy już iść? Muszę się napić!

- Młody, chodź no tu napić się z wujkiem Danim! Zaniedbujesz swoje obowiązki – pogroził mu palcem.
- Jakie znowu obowiązki?
Valdes ryknął śmiechem. Nie wiedział, czy bardziej bawił go stan Alvesa, czy znaczenie tego „obowiązku”, czy też nieogarnięty Deulofeu – bohater dzisiejszego meczu i na dobrą sprawę powód imprezy.
- Młody, my powinniśmy cię z sufitu ściągać, a ty siedzisz jak mysz pod miotłą! Ledwo cię widać. Uciekasz od nas? Powinieneś się bawić ile wlezie! Pierwszego gola dla Barcy strzela się tylko raz w życiu, więcej takiej okazji nie będziesz mieć. Rozumiesz?
- Rozumiem – odpowiedział i wyciągnął zza pleców ledwo napoczętą butelkę alkoholu. Szeroki uśmiech zagościł na twarzach wszystkich podtrzymujących się o framugę kuchennych drzwi.
- Może jednak będą z niego ludzie – wymamrotał Pique i dopił swojego drinka. Kątem oka ujrzał znajomą twarz - Veronica! Cześć, Słońce! Jak się bawisz?
- Witaj, Geri. Dziękuję, świetnie. Zresztą jak zawsze na waszych imprezach!
- W takim razie dlaczego samotnie podpierasz ścianę? Ha! – zaświergotał Dani i objął dziewczynę w talii. – Powiedz, Rybeńko, co ci jest? Nie lubię, jak na mojej imprezie ktoś źle się bawi.
- To wszystko przez tą nową. Zdenerwowała mnie. Udaje, że się nas słucha, a potem robi co chce, ech. Przepraszam, już o tym zapominam. – wymusiła uśmiech i prostym gestem poprosiła o coś do picia. – Jak tam dzisiejszy mecz?
- Proszę cię! Dopiero wyszedłem z roboty, a ty już o nią pytasz?! Litości.
Żółtodziub z pewnością nabrałby się na taki tekst, ale z doświadczeniem Vieronica można było jedynie spojrzeć z politowaniem na Alvesa. Nawet nie musiał mówić „Żartuję”, to było oczywiste. Upiła nieco zawartość swojej szklanki i zlustrowała każdego z obecnych, zauważając jedną nową starą twarz.
- Bliski ideałowi, jak zawsze. O właśnie, masz tutaj jednego ze strzelców! – poklepał blondyna po plecach tak mocno, że ten o mało nie stracił równowagi.
Wciąż lekko wybity z rymu nie zauważył, kiedy długonoga piękność przemknęła się między jego kolegami, żeby zawiesić się mu na szyi i złożyć na jego wargach gratulacyjnego całusa. Zmieszał się. Miał dziewczynę i wszyscy wiedzieli o tym. Bardzo zazdrosną dziewczynę, o czym też wszyscy wiedzieli…
Kuksaniec w bok sprowadził go na ziemię. Zobaczył Daniego obejmującego Veronicę i coś mówiącego do niego. Zmarszczył brwi.
- Możesz powtórzyć?
- Pytałem się, czy nie chcesz uczcić swojego pierwszego gola jak należy. Hm? Sypialnie na piętrze stoją puste.
Zbaraniał. Cieszył się, że niewiele światła padało na jego twarz, bo zapewne byłaby obiektem kpin przez najbliższe tygodnie. Nie wiedział, co powiedzieć. Spojrzał dziewczynie w oczy, szukając tam odpowiedzi.
- Dani, masz szampana? – zapytała, urywając kontakt wzrokowy.
- Jasna sprawa! Chodźcie do kuchni.
Złapała Katalończyka za rękę i podążyła za Alvesem, a następnie dzierżąc schłodzoną butelkę weszła na piętro, ani razu nie spoglądając na Gerarda. Nie opierał się, nie protestował, oszołomiony podążał za nią krok w krok. W głowie miał jeden wielki mętlik. Poczuł jak alkohol uderza mu do głowy. Jak obraz przed oczyma zaczyna tracić ostrość. Jak krew pulsuje mu w skroniach. Jak ciężko jest myśleć…

* * *

- Nie zdradziłem cię!
Miała wrażenie, że wykrzyczał to po raz setny w ciągu ostatnich kilku minut. Nawet nie trzeba było kwadransa, żeby poczuła się najbardziej zażenowana i zdegustowana w swoim osiemnastoletnim życiu. Cała ta sytuacja wydawała jej się chora. Poprawka, ona była chora. Już żałowała, że pozwoliła wciągnąć się w to gówno… Ale nalegał. Chciała go zobaczyć i to przeważyło szalę. Była zła na siebie za tę chwilę słabość. Chwilę, która trwała od ich pierwszego spotkania na stoku. Spojrzała z politowaniem jeszcze raz na kłócącą się parę. Miała ochotę zostawić ich samych sobie i uciec, ale coś kazało jej stać w miejscu i doczekać finału.
- Veronica, wytłumacz Mari Carmen, że tamtego wieczora nic się nie wydarzyło.
Strzelała oczami to na niego, to na nią i nie potrafiła się odezwać. Wszystko zaczęło się od zdjęcia, na którym przypadkowo znalazł się Gerard i ona. Byli oddzieleni tłumem ludzi, ale dla blond czupiradła nie miało to większego znaczenia - bawili się na jednej imprezie. Potem szanowne przyjaciółki powtórzyły Maye plotkę, jakoby jej chłopak w towarzystwie Veroniki udał się na zwiedzanie sypialni. Tyle wystarczyło. A prawda?
Otworzyli szampana, wypili po lampce lub dwóch i… Był jak sparaliżowany. Pożerał ją wzrokiem, ale nie wiedział, czy woli mieć ciastko, czy zjeść ciastko. Ona z kolei czuła pożądanie z jakim nigdy wcześniej się nie spotkała. Nawet najmniejszy jego dotyk doprowadzał ją do szaleństwa. Zwinnym ruchem zrzuciła z siebie sukienkę i wpiła się w jego usta, ale pocałunek nie trwał długo. Przerwał go. Wstał do wyjścia, ale szybko z tego zrezygnował, tłumacząc się obawą o utratę reputacji. Przytaknęła zasmucona jak nigdy.
- Przespałaś się z moim chłopakiem czy nie?! – warknęło czupiradło.
Musiała powiedzieć „tak” albo „nie”. Spojrzała w cynamonowe tęczówki Katalończyka. Błagały ją. Kochała go, a on kochał inną. Musiała wybrać… 

________________________________

* Zdanie autorstwa polskiego dziennikarza sportowego. Nie moje, ale uwielbiam te kilka słów i musiałam je wykorzystać.

To pierwszy jednopart za nami (: Wymyślony wieki temu, spisany całkiem niedawno. Hm. Byłam wtedy jak "Kurwa, to jest genialne!", ale z czasem całkowicie zmieniłam zdaniem. Tylko nie wiem, czy pomysł sam w sobie jest do dupy, czy raczej wykonanie. Ej, kiedyś naprawdę uważałam to za zajebistą historię, do której każda może stworzyć własne zakończenie...

Let's start

Nie wiem, czy obecną sytuację można nazwać powrotem, ale jeśli tak, to jest to powrót z baaaardzo dalekiej podróży... Co by nie powiedzieć, nie publikowałam od maja, a mam wrażenie, że to nigdy nie miało miejsca.Na jak długo? Na pewno na trzy części, czy więcej - tego nie wiem. Wiele osób czekało na ten moment. Przypominało się, upominało, ponaglało, wspierało mnie... Prawda jest taka, że piszę tylko dlatego, że obiecałam. Że czekacie. Chyba oczywistym jest, że mam mnóstwo obaw. Nie chcę Was zawieść i jednocześnie nie chcę, żebyście udawały, że moje bazgroły da się czytać xD