piątek, 15 listopada 2013

1. Wybór


Andora, grudzień 2012

Poprawiła różową czapeczkę, która nieznośnie raz po raz opadała na oczy, jeszcze bardziej mierzwiąc blond kosmki włosów. Uśmiechnęła się, odzyskując widok na świat. Kilka kroków od niej ustawił się jej najukochańszy Tatuś. Z otwartymi ramionami czekał na swoją pociechę, aż ta odepchnie się kijkami i przejedzie na nartach swoje pierwsze w życiu metry. Zacisnęła mocniej drobne rączki i… nic. Cały rytuał skupiania uwagi poszedł na marne. Po przeciwnej stronie stoku mała Francuzka ujrzała zakochaną parę. Skąd wiedziała, że zakochaną? Wyglądali tak pięknie. Przypominali księżniczkę i księcia z bajki, tylko że nie mieli na sobie przepięknych strojów rodem z balu, a po prostu puchowe kurtki, jak większość narciarzy. Chłopak złapał za ręce swoją towarzyszkę i złożył na jej ustach subtelnego całusa.
- Ojej! Jak w filmie. – westchnęła cicho i odruchowo zasłoniła usta, ale byli za daleko, żeby ją usłyszeć. Za to ona usłyszała swoje imię, wypowiedziane przez zniecierpliwionego ojca. Posłała przepraszający uśmiech i jeszcze raz spojrzała w stronę zakochanych.
Dwa dni wcześniej słyszała w telewizji hasło „naoczny świadek”. Pamiętała, że spytała rodziców, co znaczą te dwa słowa w kółko wypowiadane przez pana z bardzo niesympatyczną twarzą. Odesłali ją do zabawek. Zawsze tak robili, gdy oglądali tego pana. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego taki brzydki ktoś jest ważniejszy niż ona… Posłusznie wróciła do zabawy, ciągle analizując te dwa słowa. Była inteligentną dziewczynką i teraz z pełnym przekonaniem mogła powiedzieć o sobie „naoczny świadek”. Wszystko stało się bardzo szybko. Nawet nie zdążyła wydać z siebie żadnego dźwięku pomiędzy ujrzeniem rozpędzonej narciarki a jej zderzeniem z połową tej wspomnianej pary. Obie upadły na śnieg, obie pisnęły… Spojrzała na Tatusia, ale już go tam nie było – zostawił ją ze starszym bratem i sprawnie prześliznął się w miejsce całego zajścia. Jasnym było, że dla tej trójki narciarskie szaleństwo dobiegło końca, przynajmniej tego dnia.
Jedna pani strasznie krzyczała i uderzała rękoma o śnieg, druga wstała, otrzepała się i próbowała przepraszać. Słuchał jej tylko ten chłopak. Prawda, zajmował się swoją ukochaną, ale słuchał tłumaczeń nieznajomej. Po kilku krótkich chwilach Tatuś i młody pan podnieśli poszkodowaną, która skrzywiła się z bólu. Blondyneczka ponownie poprawiła czapkę i pokręciła głową.

- Nie wierzę! To znowu ty!
Poczuła, że ktoś szarpnął ją za ramię.
- Czyli kto?
Spojrzała na dziwnie znajomą twarz. I w sumie niebrzydką, pomyślała.
- Wjechałaś dzisiaj w moją dziewczynę, a potem uciekłaś z miejsca wypadku!
Krótko, zwięźle i na temat. Tak, zdecydowanie odświeżył jej pamięć. Miała w planach poprawić sobie humor z grupką nowych znajomych, którzy już zajęli dwie kanapy przy samym kominku. Wino i międzynarodowe towarzystwo było tym, czego potrzebowała. Pan Mam-Wkurwiającą-Laskę nie był mile widziany…
- Bo darła japę jak nawiedzona – odpowiedziała spokojnie, unosząc jedną brew. – Mógłbyś ją od czasu do czasu trochę uciszyć, świat byłby ci wdzięczny.
Poklepała go po ramieniu i zostawiła zdezorientowanego, ale już po kilku krokach ponownie usłyszała jego głos.
- A wiesz czemu tak się wydzierała? – poczekał aż brunetka się odwróci, żeby odpowiedzieć na własne pytanie. – Bo skręciłaś jej nogę w kostce.
Spodziewał się zobaczyć jak jej mina rzednie, jak pokornieje, jak robi jej się głupio… Nic z tego.
- Do wesela się zagoi – odpowiedziała z kpiącym uśmieszkiem.
- A skąd wiesz, że nie pobieramy się tutaj? Na przykład w sylwestra.
- Bo nie wyglądasz na skończonego debila – puściła mu oczko i odeszła.

* * *
Do jakiego momentu można traktować zbiegi okoliczności jako przypadki, a kiedy stają się one zamierzoną działalnością? A przynajmniej kiedy zaczynamy doszukiwać się ingerencji kogoś więcej niż tylko Ślepego Losu? Veronica uznała, że to właśnie jest ta chwila, w której poczuła się jak bohaterka mizernej komedii romantycznej. Jeden stok, jeden hotel i takie same zażalenia do recepcjonistki. Tym razem to on nie zauważył jej. Spokojnie wysłuchała monologu Katalończyka i późniejszych zapewnień ze strony nieco przerażonej młodej dziewczyny, która dwie minuty wcześniej tłumaczyła się pannie Dominguez. Postanowiła wykorzystać okazję i  rozkręcić nieco swój pobyt w Andorze – przecież wakacje rządzą się swoimi prawami. Zaczekała aż wypełni wszystkie wytyczne, które zapewne dostał od swojej dziewczyny, i odejdzie kilka kroków.
- Ty, Śliczniutki! Idziesz ze mną na narty?

Od dobrych kilkudziesięciu minut gapił się w sufit, powoli tracąc nadzieję, że tej nocy w ogóle uśnie. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co przyniosło raptem kilka godzin. Spojrzał krótko na leżącą obok niego blondynkę i ciężko westchnął. Okłamał ją. Ot tak, bez mrugnięcia okiem i przede wszystkim bez potrzeby… Wyszło tak naturalnie, że nawet nie zorientował się, kiedy tego dokonał. Spontanicznie. A wszystko po to, żeby spotkać się z właścicielką jednego z najbardziej niewyparzonych języków w Zachodniej Europie. Coś w sobie ma ta dziewczyna! Jej arogancja w pewnym sensie mu imponowała, a już na pewno budziła zainteresowanie. Pamiętał tylko ordynarne zawołanie, krótką wymianę ciętych uwag i pierwszą lepszą wymówkę, żeby wymknąć się na stok. Nie była jak otwarta księga… Może to było w niej najbardziej pociągające. Zgadzał się na wszystko, nie potrafił jej znienawidzić, co pewnie czyniła większość ludzi mających styczność z Veronicą. Narciarskie szaleństwo było czysto przyjacielską rozrywką – bez podtekstów, bez dwuznacznych sytuacji, bez flirtu. Nie opowiadała o sobie, ale o swoich przemyśleniach i przeżyciach. Trzeźwo patrzyła na świat. Mówiła to, co myślała, a że myślała, to chętnie się jej słuchało.* Zaskakiwała go przy każdej zmianie tematu, ale nic nie było w stanie przebić szoku, jaki wywołała jej obojętność.
Narty w Andorze były pomysłem jej ojca, który wyraził chęć spędzenia większej ilości czasu ze swoją jedyną córką. Miał dojechać następnego dnia, nie przyjechał w ogóle… Wspomniała o tym kompletnie bez emocji, jakby robiła to setki razy. Nie udawała. Wydukał jakieś „Bardzo mi przykro”, ale szybko go za to zganiła. Umiała o siebie zadbać w takiej sytuacji i korzystać, ile wlezie. Zaradna, inteligentna, wygadana i piękna… Taka właśnie była Veronica, powód bezsenności i nic nie dających nocnych refleksji. 

* * *

- O czym myślisz?
Usłyszał lekko stłumiony głos należący do blondynki wtulonej w jego tors. Lubił to pytanie. Większość jego kolegów dostaje białej gorączki, gdy otrzymują takie pytanie. Tym razem było troszkę inaczej… Nie myślał o niej, myślał o innej. Wstydził się tego. Gdzieś w głowie pojawiła się obawa, że Maye odczytała jego myśli.
- O tej dziewczynie, która skręciła ci kostkę.
Usiadła raptownie i przyjrzała się mu uważnie. Odpowiedź nie przypadła jej do gustu, od razu to zauważył. Dobrze wiedział, co robi. Nikt, kto ma coś na sumieniu, nie wspomni o tym dobrowolnie albo przez przypadek.
- Widziałeś się z nią?
- Tak. Wypiliśmy dzisiaj gorącą czekoladę. Zapoznała mnie z kilkoma amatorami narciarstwa.
- Nic nie wspominałeś – delikatnie opadła na łóżko i ponownie ułożyła głowę na klatce piersiowej Katalończyka.
- Bo myślałem, że to nic ważnego. Ludzie, których już nigdy więcej nie zobaczę i o których szybko zapomnę. Ale… Siedzi mi w głowie ta rozmowa. Była dziwna.
- Dlaczego? – mruknęła, ujawniając swoją senność.
- Ze wszystkimi złapała wspólny język, podejmowała każdy temat, ani przez chwilę nie siedziała cicho. Uwielbiają ją. Na to przynajmniej wyglądało. A później każdy odszedł w swoją stronę… Ona została. Wiesz, że przyjechała tu sama? Jej ojciec miał się przyłączyć, ale stwierdził, że lepiej olać swoją córkę! Wyobrażasz sobie?!
- Ciiii, nie gorączkuj się. Ta suka nie jest tego warta. Nie chcę, żebyś o niej myślał, ok? Chodźmy spać.
Nie potrafił. Znowu. Obejmował jedną dziewczynę, wspominał pocałunek z drugą… To on całował ją, nie odwzajemniła gestu, ale też nie odrzuciła go. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Nie dała mu pretekstu ku temu. Zarówno przed i po pocałunku patrzyła na niego jak na kumpla. Nie rozumiał tego. Nie rozumiał, jak Veronica może być tak wyzuta z uczuć. Jak bardzo przepełniona obojętnością! Zachowała się tak, jakby nic się nie zdarzyło – bez mrugnięcia okiem. Wlepił wzrok w sufit i rozpoczął analizę od początku.


Barcelona, trzy miesiące później

- Kochanie, ogarnij się, bo to będzie twój ostatni raz, kiedy idziesz z nami na imprezę.
Katy pokornie pokiwała głową i w duchu przyrzekła sobie, że weźmie się w garść. Była podniecona. Dla Veroniki i spółki to była codzienność. Większość z nich zaliczyła już setki takich imprez. Cała idea sprowadzała się do tego, że prywatne przyjęcia miały ubarwiać dziewczyny z dobrych domów – nie piszczące nastolatki, nie ekskluzywne prostytutki, tylko właśnie młode damy lubiące wykorzystywać nieobecność swoich tatusiów, często bawiąc się z tatusiami swoich rówieśniczek. Trzy weekendy wcześniej spotkały się z niemiłą niespodzianką w postaci rodziciela jednej z nich. Ryzyko wpisane w zabawę… Biznesmeni, dyplomaci, czasami celebryci. Kontakty krążyły jak po sznurku. Stały u progu dorosłości, a już ze znajomościami, których pozazdrościłby każdy przedsiębiorca. Z tą różnicą, że żadna z nich nie myślała o przyszłości czy interesach. Dla dziewczyn to była tylko i wyłącznie zabawa na wysokim poziomie. Sprawy doszły do takiego etapu, że mogły przebierać w ofertach. Piłkarze miejscowego klubu nie byli nowymi „klientami”. Na większych domówkach lubili mieć sztuczny tłum. Tłum pięknych, młodych i bogatych dziewczyn…
- Katy, i pamiętaj o tym, że nie jesteś dziwką – upomniała ją Veronica. – Najlepiej, jakbyś dzisiaj nie kochała się z nikim. Zgodzisz się na pierwszą lepszą propozycję, a potem nie odpędzisz się od stada. Takie wieści szybko się rozchodzą. Nie będą cię szanować.
Spojrzała na nią lekko przerażona, ale przytaknęła.
- Skończyłyście nauki moralizatorskie? Możemy już iść? Muszę się napić!

- Młody, chodź no tu napić się z wujkiem Danim! Zaniedbujesz swoje obowiązki – pogroził mu palcem.
- Jakie znowu obowiązki?
Valdes ryknął śmiechem. Nie wiedział, czy bardziej bawił go stan Alvesa, czy znaczenie tego „obowiązku”, czy też nieogarnięty Deulofeu – bohater dzisiejszego meczu i na dobrą sprawę powód imprezy.
- Młody, my powinniśmy cię z sufitu ściągać, a ty siedzisz jak mysz pod miotłą! Ledwo cię widać. Uciekasz od nas? Powinieneś się bawić ile wlezie! Pierwszego gola dla Barcy strzela się tylko raz w życiu, więcej takiej okazji nie będziesz mieć. Rozumiesz?
- Rozumiem – odpowiedział i wyciągnął zza pleców ledwo napoczętą butelkę alkoholu. Szeroki uśmiech zagościł na twarzach wszystkich podtrzymujących się o framugę kuchennych drzwi.
- Może jednak będą z niego ludzie – wymamrotał Pique i dopił swojego drinka. Kątem oka ujrzał znajomą twarz - Veronica! Cześć, Słońce! Jak się bawisz?
- Witaj, Geri. Dziękuję, świetnie. Zresztą jak zawsze na waszych imprezach!
- W takim razie dlaczego samotnie podpierasz ścianę? Ha! – zaświergotał Dani i objął dziewczynę w talii. – Powiedz, Rybeńko, co ci jest? Nie lubię, jak na mojej imprezie ktoś źle się bawi.
- To wszystko przez tą nową. Zdenerwowała mnie. Udaje, że się nas słucha, a potem robi co chce, ech. Przepraszam, już o tym zapominam. – wymusiła uśmiech i prostym gestem poprosiła o coś do picia. – Jak tam dzisiejszy mecz?
- Proszę cię! Dopiero wyszedłem z roboty, a ty już o nią pytasz?! Litości.
Żółtodziub z pewnością nabrałby się na taki tekst, ale z doświadczeniem Vieronica można było jedynie spojrzeć z politowaniem na Alvesa. Nawet nie musiał mówić „Żartuję”, to było oczywiste. Upiła nieco zawartość swojej szklanki i zlustrowała każdego z obecnych, zauważając jedną nową starą twarz.
- Bliski ideałowi, jak zawsze. O właśnie, masz tutaj jednego ze strzelców! – poklepał blondyna po plecach tak mocno, że ten o mało nie stracił równowagi.
Wciąż lekko wybity z rymu nie zauważył, kiedy długonoga piękność przemknęła się między jego kolegami, żeby zawiesić się mu na szyi i złożyć na jego wargach gratulacyjnego całusa. Zmieszał się. Miał dziewczynę i wszyscy wiedzieli o tym. Bardzo zazdrosną dziewczynę, o czym też wszyscy wiedzieli…
Kuksaniec w bok sprowadził go na ziemię. Zobaczył Daniego obejmującego Veronicę i coś mówiącego do niego. Zmarszczył brwi.
- Możesz powtórzyć?
- Pytałem się, czy nie chcesz uczcić swojego pierwszego gola jak należy. Hm? Sypialnie na piętrze stoją puste.
Zbaraniał. Cieszył się, że niewiele światła padało na jego twarz, bo zapewne byłaby obiektem kpin przez najbliższe tygodnie. Nie wiedział, co powiedzieć. Spojrzał dziewczynie w oczy, szukając tam odpowiedzi.
- Dani, masz szampana? – zapytała, urywając kontakt wzrokowy.
- Jasna sprawa! Chodźcie do kuchni.
Złapała Katalończyka za rękę i podążyła za Alvesem, a następnie dzierżąc schłodzoną butelkę weszła na piętro, ani razu nie spoglądając na Gerarda. Nie opierał się, nie protestował, oszołomiony podążał za nią krok w krok. W głowie miał jeden wielki mętlik. Poczuł jak alkohol uderza mu do głowy. Jak obraz przed oczyma zaczyna tracić ostrość. Jak krew pulsuje mu w skroniach. Jak ciężko jest myśleć…

* * *

- Nie zdradziłem cię!
Miała wrażenie, że wykrzyczał to po raz setny w ciągu ostatnich kilku minut. Nawet nie trzeba było kwadransa, żeby poczuła się najbardziej zażenowana i zdegustowana w swoim osiemnastoletnim życiu. Cała ta sytuacja wydawała jej się chora. Poprawka, ona była chora. Już żałowała, że pozwoliła wciągnąć się w to gówno… Ale nalegał. Chciała go zobaczyć i to przeważyło szalę. Była zła na siebie za tę chwilę słabość. Chwilę, która trwała od ich pierwszego spotkania na stoku. Spojrzała z politowaniem jeszcze raz na kłócącą się parę. Miała ochotę zostawić ich samych sobie i uciec, ale coś kazało jej stać w miejscu i doczekać finału.
- Veronica, wytłumacz Mari Carmen, że tamtego wieczora nic się nie wydarzyło.
Strzelała oczami to na niego, to na nią i nie potrafiła się odezwać. Wszystko zaczęło się od zdjęcia, na którym przypadkowo znalazł się Gerard i ona. Byli oddzieleni tłumem ludzi, ale dla blond czupiradła nie miało to większego znaczenia - bawili się na jednej imprezie. Potem szanowne przyjaciółki powtórzyły Maye plotkę, jakoby jej chłopak w towarzystwie Veroniki udał się na zwiedzanie sypialni. Tyle wystarczyło. A prawda?
Otworzyli szampana, wypili po lampce lub dwóch i… Był jak sparaliżowany. Pożerał ją wzrokiem, ale nie wiedział, czy woli mieć ciastko, czy zjeść ciastko. Ona z kolei czuła pożądanie z jakim nigdy wcześniej się nie spotkała. Nawet najmniejszy jego dotyk doprowadzał ją do szaleństwa. Zwinnym ruchem zrzuciła z siebie sukienkę i wpiła się w jego usta, ale pocałunek nie trwał długo. Przerwał go. Wstał do wyjścia, ale szybko z tego zrezygnował, tłumacząc się obawą o utratę reputacji. Przytaknęła zasmucona jak nigdy.
- Przespałaś się z moim chłopakiem czy nie?! – warknęło czupiradło.
Musiała powiedzieć „tak” albo „nie”. Spojrzała w cynamonowe tęczówki Katalończyka. Błagały ją. Kochała go, a on kochał inną. Musiała wybrać… 

________________________________

* Zdanie autorstwa polskiego dziennikarza sportowego. Nie moje, ale uwielbiam te kilka słów i musiałam je wykorzystać.

To pierwszy jednopart za nami (: Wymyślony wieki temu, spisany całkiem niedawno. Hm. Byłam wtedy jak "Kurwa, to jest genialne!", ale z czasem całkowicie zmieniłam zdaniem. Tylko nie wiem, czy pomysł sam w sobie jest do dupy, czy raczej wykonanie. Ej, kiedyś naprawdę uważałam to za zajebistą historię, do której każda może stworzyć własne zakończenie...

8 komentarzy:

  1. hahha bawią mnie twoje rozkminy pod koniec, w sensie w dopisku xd

    jestem w szoku, że napisałaś coś o pani do towarzystwa(?) Opowiadanie samo w sobie nie jest złe, wręcz przeciwnie. :) Pisz więcej :P
    No i oczywiście zaczełaś od Gerarda xd Jestem ciekawa, który jednopart będzie jako drugi. Osobiście ciekawi mnie ten o panu casanovie xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój będzie trzeci, więc za jakieś dwa tygodnie wrzucę "ten o panu Casanovie" xD

      Nie domyśliłaś się, że będzie o Deulo? Borze zielony, wszędzie jest Deulo. Nie umiem inaczej xD Dlatego powinnam zostać jego żoną. Amen.

      Usuń
  2. Aż mi trochę smutno, że to jednopart, a nie prolog jakiegoś dłuższego dzieła. c:
    Hah, nadal się zastanawiam nad "nie" i "tak" i pewnie jeszcze wiele czasu będzie mnie prześladowało to pytanie. Serio, serio. Ahshs, podoba mi się to. Pisz więcej oczywiście! :D
    Nie mogę doczekać się nr 2. :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam weny na coś dłuższego... Wprawdzie mam napisany prolog takiego jednego, ale kolejne rozdziały pewnie nigdy nie powstaną

      Usuń
  3. Ciekawy wybór tematu i świetnie skonstruowana akcja. I oczywiście Deulofeu krosno tu nie mogło zabraknąć :)) B sezonie mi się podobało, w ogóle zdaje się że przez dużo dojrzałej niż kiedyś i przede wszystkim intrygujesz! Z niecierpliwością czekam na kolejną część no o ile zrozumialam będzie choć jedna , tak ? ;)
    Ps. Jednoparty sa bardzo ciekawą formą, sama się w nich zakochałam XD

    OdpowiedzUsuń
  4. Wróciłaaaaaaaaś! I mimo, że wiem że nie na długo to i tak sie cieszę, bo tęskniłam za Twoimi historiami! No i Deulo, ah Deulo... Za nim w tych historiach też tęskniłam ;D Co do jednoparta, bardzo fajny pomysł i to otwarte zakończenie też robi swoje ;D Zaskoczył mnie troche motyw z paniami do towarzystwa, odważnie, ale ciekawie! Czekam na więcej od Ciebie ;)
    A tymczasem zapraszam na nowinke u mnie! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. N a r e s z c i e ! :D Już Ci mówiłam od dłuższego czasu jak bardzo się cieszę, że znów piszesz :) Świetny jednopart, ale zdajesz pewnie sobie z tego sprawę. Intrygujesz...intrygujesz w tym jednoparcie. No i poruszyłaś ciekawe tematy... a otwarte zakończenie - palce lizać... nie wiem w sumie, czy tak to się pisze/mówi.... bo to teraz dziwnie brzmi, no ale niech już zostanie xD
    Cóż...czekam na kolejny jednopart...w szczególności ten z chłopakami z Atletico :)
    Także życzę weny i pozdrawiam ciepło! :**

    OdpowiedzUsuń

Na komentarze typu "Fajna notka. Zapraszam do mnie" będę odpowiadać tym samym...