środa, 27 listopada 2013

2. Żoną miałam być


Mario


David





Jaki był ten dzień? Najwspanialszy czy jednak najgorszy w ciągu ostatnich, co najmniej, 10 lat?

- Wypijmy! – radośnie obwieścił Gabi, podrywając się ze swojego krzesła. Jęk zawodu, z jakim się spotkał, ani trochę nie ostudził jego entuzjazmu. – Za ostatni dzień wakacji! No co z wami? – zlustrował twarz każdego ze swoich towarzyszy. Nikt nie był pijany tak, jak on i nikt nie miał takiej ochoty  jak on, żeby wlać w siebie jeszcze odrobinę wyskokowego napoju. Zawiesił wzrok na Mario, ostatniej desce ratunku, ale ten nawet bez słów odszyfrował zamiary przyjaciela i ruchem ręki dał znać, że pasuje. Zasmucony Gabi spuścił głowę i potulnie usadowił się na swoim stołku. Żywe rozmowy w trzyosobowych grupkach wróciły, a pomocnik Atletico Madryt posmutniał jeszcze bardziej.
- Jednak wypijemy.
- Tak! – zapiszczał wesoło Gabi i rzucił się z kieliszkiem na Juanfrana, sprawcę całego zamieszania, który aktualnie szczerzył się do telefonu. Oswajając się z atakiem czułości poklepał przyjaciela po ramionach, które ciasno go oplotły, i odłożył swoją komórkę na stolik.
- David Villa zawodnikiem Rojiblancos?!  - odczytała na głos jego żona i od razu spojrzała na swoją przyjaciółkę, Maritę. Ta ściągnęła mocno usta i wbiła wzrok w miskę z sałatką grecką. Męska część towarzystwa wydała z siebie okrzyki radości i z równie wielką euforią uzupełniła swoje szkiełka. Marita złapała za lampkę wina i szybko pozbyła się jej zawartość, tym samym niczym nie wyróżniając się od reszty. Po jednym głębszym oddechu jej twarz się rozpogodziła, nawet do tego stopnia, że przyłączyła się do czegoś, co Gabi nazwałby śpiewaniem.

- Cześć.
Zmierzyła wzrokiem mężczyznę, który znikąd pojawił się obok niej. Nie czekając na jej odpowiedź, przykucnął, a następnie usiadł i skrzywił się z niezadowolenia temperaturą piasku.
- Cześć.
- Co tu robisz?
- Trzeźwieję – zaśmiała się gorzko.
- Mogę się dołączyć? – poczekał aż Marita skinie głową i dodał. – Chyba trochę przesadziliśmy. A zwłaszcza Gabi! We trzech go wynosiliśmy! Ja, Juanfran i Koke… Niech cię nie zwiodą te pijackie zapędy, - uśmiechnął się lekko – na treningach i na boisku to pracoholik. Nie ma z nim żartów. Cholerny perfekcjonista.
- Macie wakacje, możecie trochę wyluzować. W końcu to Majorka!
- A właśnie, właśnie! Jak podoba ci się moja piękna Majorka? – wyszczerzył się niemiłosiernie, co bez trudu dostrzegła w blasku księżyca.
- Niewątpliwie miła odskocznia od zatłoczonego Madrytu, ale sądzę, że tych najpiękniejszych miejsc widzieliśmy jakieś… dziesięć procent. Marnego przewodnika mieliśmy.
- Ach tak?
- Tak. Nijaki Mario Suarez nas oprowadzał. Nie mam pojęcia, kto mu dał uprawnienia! – teatralnie przewróciła oczami i dodała kilka odpowiednich gestów. Wprost uwielbiała droczyć się z Hiszpanem.
Spoważniał.
- Odszczekaj to!
Spojrzała na niego i z szerokim uśmiechem przecząco pokiwała głową. Reakcja była błyskawiczna. Lekki kuksaniec od razu nienaturalnie wykrzywił jej posturę. Przeklęła w duchu swoją wrażliwość na łaskotki.
- Odwołaj swoje oszczerstwa – zdenerwował się jeszcze bardziej.
Kolejna odmowa i kolejny palec dziabnął bok Marity. Potem jeszcze raz.
- Proszę, przestań!
Sytuacja, w jakiej się znalazła, śmiało można nazwać krytyczną. Zimny piasek gryzł ją w plecy, ręce miała skrępowane nad głową, a cały tyłów przywalony był ciężarem Suareza. W normalnych okolicznościach rozkoszowałaby się taką bliskością Mario, ale teraz wszystkiej jej myśli były skupione na łapaniu tchu.
Przestał. Przesunął twarz dokładnie nad jej twarz i wyczekiwał przeprosin, jednocześnie wpatrując się w jej oczy. Uśmiechnęła się najszerzej jak tylko mogła. Przeniósł wzrok na usta Marity i wyraźnie zmniejszył dystans. Speszyła się nieco.
- Jesteś najwspanialszym przewodnikiem jakiego poznałam – wyszeptała, a Suarez delikatnie musnął jej wargi.
NARESZCIE, przemknęło przez myśl każdemu z nich.

Zacisnęła dłonie na mokrej poręczy i wzięła głęboki oddech. Poczuła gęsią skórkę na gołych nogach, a później z zachwytem śledziła jej ekspansję po całym ciele. W końcu dreszcz przebiegł po jej plecach. Każdy podmuch wiatru to tysiące szpileczek wbijanych w skórę. Nie mogła dojść do porozumienia z samą sobą, czy to sprawia jej ból, czy raczej przyjemność. Tak samo, jak nie wiedziała, czy zaliczyć ten dzień do udanych, czy do totalnie chujowych… Przymknęła powieki i pozwoliła, aby wiatr, niosący mikroskopijne kropelki wody, uderzył w jej twarz. Kolejna fala dreszczy przebiegła po jej ciele. Stała tak już dobre kilkanaście minut. Wciąż w tej samej pozycji i wciąż z tym samym mętlikiem w głowie. Usłyszała gdzieś za sobą ciche piknięcie zegarka obwieszczające godzinę pierwszą w nocy.  Pokręciła głową z zażenowaniem. Z zażenowaniem dla samej siebie. Deszcz powoli tracił na sile, a szum wody przestał przypominać odgłos gigantycznego wodospadu. Oberwanie chmury przeszło do historii. Najciekawsze już minęło – można wracać do pokoju. Można ułożyć się na białej pościeli, wlepić wzrok w sufit i doczekać poranka. Można kolejny raz wrócić myślami do przeszłości…

*  *  *

- Coś trzeba ci pomóc? – zapytała  Any.
- Przydałoby się donieść szaszłyków, bo widziałam, że już wszystko poszło na ruszt. Wyciągnij z lodówki. Gdzieś tam powinny być – poinstruowała przyjaciółkę i wróciła do krojenia warzyw.
Marita bez słowa wykonała polecenie, zabrała pełną tacę i po chwili wróciła z dwoma pustymi.
- Kocham swojego męża i uwielbiam jego kolegów, ale chyba trochę przegina – syknęła.
- Wreszcie spotkali się w komplecie – posłała Anie lekki uśmiech. – Muszą się nagadać, najeść, napić…
- Ja wszystko rozumiem! I nawet popieram… Ale dlaczego zawsze u nas?!
- Juanfran lubi mieć dom pełen ludzi – wzruszyła ramionami. – Chętnie bym cię odciążyła, ale moje mieszkanie jest trochę za małe jak na dwudziestu chłopa.
- My po prostu doceniamy twój talent kulinarny, Ana.
Usłyszały za plecami Suareza, który mimochodem rzucił tę uwagę i nie oczekiwał jakiejkolwiek odpowiedzi. Bardziej skupił się na grzebaniu w lodówce. Po upływie dwóch minut i upadku jogurtu oraz główki kapusty Mario zamknął lodówkę i zrezygnowany podszedł do dziewczyn.
- Widziałyście może piwo?
Marita z politowaniem pokręciła głową i z powrotem otworzyła niedawno zamknięte urządzenie.
- Trzecia od góry, proszę. – wręczyła Hiszpanowi sześciopak piwa a następnie pogłaskała go po policzku. Złożył soczystego całusa na jej ustach i wybiegł z kuchni.
- Widzę, że wszystko idzie w dobrym kierunku – zaśmiała się Ana.
- Od pożegnania z Majorką praktycznie jesteśmy nierozłączni. To kino, to spacer, to kolacja… Jest wspaniale!
- Jestem dobrą swatką – powiedziała dumnie.
- Najlepszą – przytuliła przyjaciółkę. – A teraz chodź! Nam też coś się należy – uśmiechnęła się szeroko i pociągnęła Anę na patio, gdzie cała impreza miała miejsce.

W swoim trzydziestojednoletnim życiu zdarzyło mu się wiele mało komfortowych sytuacji. Takich, w których nie miał bladego pojęcia, jak się zachować ani co powiedzieć. Był już doświadczonym człowiekiem, wiedział, co to znaczy się krępować. Wierzył, że dowcipem bądź obojętnością jakoś dało się z tego wymiksować. Lubił w sobie tą umiejętność. Zawsze wychodził z twarzą i to uważał za powód do dumy. Teraz jedynie usłyszał szczebioczącego Koke „Zobaczcie kogo znalazłem!”, rzucił pozdrowienie skierowane do wszystkich i stanął jak wryty, gdy jego wzrok spoczął na Maricie. Do jego uszu docierał wesoły gwar kolegów z drużyny, słyszał nawet pytania skierowane do niego, ale jakoś nie reagował. Nie potrafił. Kompletnie się zawiesił… Przerwała spojrzenie i uśmiechnęła się triumfalnie. Poczuł się jak skończony idiota.

- Wyglądałeś, jakbyś ducha zobaczył, Davidzie.
Jej głos wyrwał go z zamyślenia. Dość nerwowo odwrócił się w kierunku Marity i ociężale oparł się o ścianę. Zdusiła w sobie śmiech. Jego zakłopotanie łechtało jej próżność.
- Ducha… - wymamrotał bezmyślnie.
- Na szczęście, a może niestety, duchem nie jestem. Bardzo się starałeś i powiem ci, że niewiele brakło.
- Niewiele? – z wielkimi trudnościami przełknął ślinę.
Postanowiła nie opowiadać mu, przynajmniej nie teraz, o swojej depresji. Pierwszy raz od dawien dawna czuła się silniejsza od niego i nie chciała zniszczyć tej chwili robiąc mu wyrzuty spowodowane dwiema próbami samobójczymi i przepłakanym rokiem. Zmarnowała tyle życia na człowieka, który teraz nawet nie potrafił zamknąć ust zdradzających całkowite zdezorientowanie. Gardziła Asturczykiem.  Leniwym ruchem sięgnęła do torebki i wyciągnęła paczkę papierosów.
-  Jak na współczesną Hiszpanię przystało oczywiście nie mogłam znaleźć pracy po studiach. Na uzupełniającym kursie w Madrycie poznałam Anę. Już wtedy była zaręczona z twoim szanownym kolegą. Zaprzyjaźniliśmy się. Niesamowicie mi pomogli. Właściwie wszystko, co dobrego spotkało mnie w życiu, zawdzięczam właśnie im. Może nie mam trójki dzieci i obrączki na palcu, ale jestem szczęśliwa i żyję ogromną nadzieją, że twój pobyt tutaj niczego nie zmieni. Że nie zniszczysz mi życia po raz drugi…
Wetknęła zapalonego papierosa do ust i zaciągnęła się. Spojrzała jeszcze raz na Davida, który bardziej przypominał siedmioletniego chłopczyka boleśnie uświadomionego, że Święty Mikołaj nie istnieje, niż dojrzałego mężczyznę. Wypuściła dym z płuc i odeszła.
Przecież nie paliła, pomyślał, odprowadzając ją wzrokiem. Sam przed sobą musiał przyznać, że zmieniła się nie do poznania. Nie z wyglądu, bo nawet włosy kręciły jej się w ten sam sposób, co dwanaście lat temu. Dziwiło go każde jej słowo i każdy gest. Marita znała go na wylot, on o niej nie wiedział nic i pewnie dlatego ta cała sytuacja była tak przerażająca.

*  *  *

- To co, panowie? Świętujemy w starym stylu? Robię listę chętnych! – wesoły i bardzo doniosły głos należący do Courtois dotarł do wszystkich zakamarków szatni i uciszył pozostałe rozmowy. Na chwilę zapanowała grobowa cisza, a bramkarz Atletico już planował wycofać się w cień. Wyjazdy na drugi koniec Europy dawały doskonałe okazje, by trochę zaszaleć, a Thibaut nie miał ochoty rezygnować z jednej z nich. Zgnieciona koszulka, którą dostał w tył głowy, od razu odwiodła go od tego pomysł. Podniósł zmasakrowany materiał i odczytał nazwisko.
- Uuu, Młody, szalejesz! – zafalował brwiami w stronę Olivera Torresa. – Widzę, że ważniaka udajesz. Lekki rozkrok, pierś wypięta, ręce skrzyżowane, groźne spojrzenie… No, no. – zacmokał i diametralnie zmienił ton głosu na cukierkowy – Nasza mała dzidzia dorasta!
Oliver nawet nie spostrzegł, kiedy  jedno ramię Belga oplotło jego szyję, a drugie zaczęło czochrać włosy.
- Spierdalaj!
- Dobra, już przestaję, bo jeszcze się rozmyślisz – ucałował Hiszpana w policzek i puścił go. – Koke, a ty?
- NIE!
- Kokeee?
- Dobrze wiesz, że nie umiem tylko patrzeć.
- We dwóch tak głupio, no…
- To może sobie odpuść?
- Hm? Nie. Nie cierpię spędzać jesiennych nocy samotnie. Te zimowe, o dziwo, jeszcze mogą być, ale jesienne – nie ma opcji. A dzisiaj mam ochotę na taką pulchniutką blondynkę. Co ty na to? Weźmiemy ci jakąś przyzwoitkę, chcesz?
- Odejdź, szatanie! Przestań kusić!
Zaśmiał się głośno i podszedł Suareza, który dopiero opuścił prysznic. Odkąd nauczył się hiszpańskiego, słowotok i roztrzepanie były swoista wizytówką Belga.
- Mario, idziesz?
- Gdzie?
W odpowiedzi otrzymał tylko szeroki uśmiech. Z lekkim rozbawieniem pokręcił przecząco głową.
- To już drugi raz! Mario, bracie, co z tobą?
Courtois wyprzedził zamiary Hiszpana i to on usiadł na ławce. Skutecznie zablokował kilka prób Suareza, który chciał zabrać swoje ubrania, a następnie przybrał minę „Tell me more” i zamrugał oczami.
- Starszą pannę ma, cała tajemnica – wtrącił Gabi i uwiesił się na ramieniu pomocnika. Dobrze wiedział w jakim kierunku zmierza rozmowa.
- Aaaaha, to takie buty. To mówisz, Mario, że już nigdy nie będziesz głodny i napalony? – za ten tekst został zdzielony po głowie, ale i tak kontynuował. – Powiedz, dobra jest? Mi chyba możesz powiedzieć? Zawsze dzieliłeś się wrażeniami, pragnę ci przypomnieć.
Mario uśmiechnął się zawadiacko.
- Dobra? Zajebista! Nawet sobie nie wyobrażasz, co robi z Księciuniem. A do tego jej fantazje… Człowieku!
W Villi właśnie coś pękło. Słuchał przekomarzań kolegów i z uśmiechem czekał na dalszy rozwój wypadków, ale słowa o Maricie były jak cios pod żebra.
- Może już wystarczy?!
- Ale co?
- Trochę szacunku w odniesieniu do kobiet! W buszu cię wychowali czy jak?! – warknął ponownie, a potem już tylko pamiętał, że go odciągali od Suareza i zadawali głupie pytania…
W końcu, gdy David wyszedł z szatni i atmosfera trochę ostygła, w drzwiach pojawił się Turan. Omiótł wzrokiem całe zgromadzenie, ale nie za bardzo znalazł to, czego szukał.
-Adra? – usłyszał Belga, a potem dostrzegł jego wielką łapę machającą z kąta pomieszczenia.
Odpowiedź na pytanie, które nigdy nie padło, była tylko jedna.
- Idę!
*  *  *

Zaczęła szukać klucza jeszcze będąc w windzie. Zawsze zajmowało jej to mnóstwo czasu. Wszystko przez tę pierońską torebkę! Z zewnątrz takie cudeńko, że każdej jednej oczy się zaświecą, a w środku same nieprzemyślane decyzje. Projektanci powinni dołączyć do niej mapkę, wtedy może byłoby prościej. Dotarła na piąte piętro i drzwi się rozsunęły. Szła na pamięć, wciąż grzebiąc w torebce. Ani na chwilę nie rzuciła okiem na korytarz. Dopiero wkładając klucz do zamka poczuła czyjąś obecność za sobą.
- David? Co ty tu robisz?
- Chciałem z tobą porozmawiać – odparł krótko.
- Zgłupiałeś do reszty?! A gdyby Mario wszedł ze mną na górę? Pomyślałeś o tym w ogóle?
- Nie krzycz. Wejdziemy do środka, porozmawiamy i sobie pójdę.
Przewróciła oczami i przystała na jego propozycję. Zaraz po wejściu do mieszkania skierowała się do barku i nalała sobie kieliszek koniaku, dopiero potem ściągnęła płaszcz. Villa postanowił nie czekać na zaproszenie i sam sięgnął po kieliszek. Opróżnił go szybko i zmierzył wzrokiem brunetkę. Miała czarne rajstopy i kusą, pomarańczową sukienkę, a to w połączeniu z wysokimi szpilkami dawało piorunujący efekt. Wracała z randki. Nie dla każdego wybierała tak piękne i seksowne ubranie. Przeklął w duchu na myśl, że stara się dla kogoś, kto nie jest tego wart.
- Powiesz wreszcie, co to za sprawa?
- Powinnaś go zostawić.
Zamarła na kilka sekund, w końcu nie wytrzymała spojrzenia i odeszła kilka kroków, dzierżąc w ręku pełny kieliszek. Odwróciła się od niego, by zebrać myśli i opróżniła szkło.
- Kim ty, do jasnej cholery, jesteś, żeby mówić mi takie rzeczy?! Jak śmiesz w ogóle!
- Dzielę z nim szatnię już od trzech miesięcy. Trochę się nasłuchałem o waszych relacjach, zwłaszcza o sprawach łóżkowych. Mario cię kompletnie nie szanuje.
Roześmiała się głośno, co całkowicie go zdeprymowało. Wbił wzrok w podłogę, nie chcąc wyjść na skończonego idiotę. Przez chwilę zwątpił w słuszność swojej racji, ale tylko przez chwilę.
- David, proszę cię. Mówisz to, jakbyś urodził się wczoraj. Zdarzyło mi się pracować na stacji benzynowej i wiem, jak wyglądają rozmowy w męskim gronie. Teraz pracuję z dojrzałymi i wykształconymi facetami, ale w tym temacie zmieniło się niewiele. Nie wiem, gdzie podziewałeś się przez te wszystkie lata, skoro coś takiego cię gorszy.
- Boję się, że cię skrzywdzi.
Uśmiech zszedł z jej twarzy. Szalka się przelała…
- Nikt nie skrzywdzi mnie bardziej niż ty! Słyszysz? Nie ma większego sukinsyna od ciebie! – niewiele myśląc cisnęła kieliszkiem w jego kierunku, uchylił się w ostatnim momencie. – Nie masz najmniejszego prawa głosić mi takich herezji! Wynoś się! Wynoś się z mojego życia!
Ani drgnął. Może gdyby krzyknęłaby jeszcze raz albo dwa razy, w końcu skierowałby się ku drzwiom, ale Marita zamiast użyć siły swojego głosu postanowiła użyć pięści. A właściwie drobnych rączek, które David szybko chwycił w nadgarstkach i unieruchomił. Wierciła się, krzyczała i wyzywała go, ale niewiele z tego do niego docierało. Panował nad jej złością, która wcale nie malała.
Przejął nad nią kontrolę. Nie znała go z tej strony. Zupełnie ją zaskoczył swoim zdecydowaniem i, bądź co bądź, brutalnością. Wpił się w jej usta całkowicie niespodziewanie.  Zaczęli się przemieszczać w głąb pokoju. Broniła się, ale był silniejszy. Całował zachłannie aż się nie oddała bez reszty.

Doszła, ale on nie zamierzał zadowolić się tą jedną chwilą. Nie zrezygnował z pieszczoty, nie pozbierał swoich ubrań i nie wyszedł po angielsku. Całował jej dekolt, potem piersi, aż w końcu wrażliwe na łaskotki podbrzusze. Zamruczała z rozkoszy. Nie chciała, ale to było silniejsze od niej. Schodził wciąż niżej i niżej. Wiedziała, że za kilkanaście sekund nastąpi kres tej wędrówki. Omiotła wzrokiem podłogę zaścieloną ich ubraniami i wibrujący telefon, który najwyraźniej wypadł z torebki w trakcie szamotaniny. Na wyświetlaczu pojawiło się „Mario”.
- David, przestań! – syknęła i uwolniła się z jego objęć.
- Skarbie, wyobraź sobie, że jeszcze nie udało mi się dojechać do domu. Cholerne korki! Dłużej tak nie może być i chyba właśnie wymyśliłem rozwiązanie – usłyszała głos ukochanego w telefonie. – Powinniśmy zamieszkać razem. Wszystko mi jedno czy u mnie, czy u ciebie, czy w zupełnie innym mieszkaniu, ale razem! Hm. Co o tym myślisz?
Strzelała oczami po pokoju w nadziei, że znajdzie gdzieś jakąś podpowiedź. Serce waliło jej jak oszalałe, a umysł odmówił współpracy.
- Zaczekaj chwilę, woda mi się zagotowała. Muszę herbatę zalać – skłamała na poczekaniu.
Natknęła się na wyczekujący wzrok Villi. Odsunęła telefon od ucha i przykryła dłonią mikrofon.
- Pyta się, czy z nim zamieszkam.
Zacisnął usta w wąską linię i nic nie odpowiedział. Utrzymując kontakt wzrokowy znów podniosła telefon.
- Tak, Mario. Uważam, że to genialny pomysł. Powinniśmy zamieszkać razem. Jutro jeszcze porozmawiamy na ten temat, teraz nie ma odpowiednich warunków. Pa, kocham cię.
Rozłączyła się i odłożyła komórkę na stół.
- Co?!
- Co co?
- Zamieszkasz z nim?! Po tym wszystkim, co dzisiaj się stało? – wciąż nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
- Tak, zamieszkam z nim. Najpierw tu, w Madrycie, a później we Włoszech. Tydzień temu Mario dogadał się z makaroniarzami – schyliła się po kilka ubrań, które następnie cisnęła w Davida. – Ubieraj się! Idę pod prysznic i jak wrócę ma tu cię nie być. Nigdy! Twoja żona pewnie zastanawia się, gdzie jesteś…
Zabrakło mu słów. Nie rozumiał jej nawet w najmniejszym stopniu. Gdy czuł, że robi postępy, ona zmieniała maskę i stawała się kimś zupełnie innym.
- Aha i jeszcze jedno. To nie ja chciałam tego ślubu. Wcale mi się nie śpieszyło. To ty, jak durny, wyczekiwałeś dnia moich osiemnastych urodzin, by wreszcie móc mnie zaciągnąć do ołtarza. Do ołtarza, przy którym powiedziałeś „Nie, jestem za młody jeszcze”. A dwa lata później już nosiłeś obrączkę – rzuciła na odchodne.

________________________________________

Zainspirowane piosenką Moniki Brodki "Żoną miałam być"

8 komentarzy:

  1. "Fajna notka. Zapraszam do mnie" haha <3

    A tak na serio. WOW! To po 1...
    Po 2: Kurde, tak czekałam na ten jednopart... i się doczekałam! "Nareszcie, pomyślałam kończąc czytać pierwsze zdanie". No, także się strasznie z tego powodu cieszę.
    Fajnie, że przedstawiłaś facetów w szatni...jakimi prawdopodobnie są, a nie wychowanymi perfekcyjnie dwudziestolatkami o zachowaniach godnymi pięćdziesięciolatków. Po trzecie, zrobiłaś z Villi chama! Dziwnie się o nim czyta jako nie o tym 'dobrym' w opku. I podoba mi się główna bohaterka, autentycznie. Także kreacja postaci - mistrzowska :)
    Courtois = <3333
    Trochę niepoukładany ten komentarz...no ale w końcu to ja :D
    Pozdrawiam ciepło i czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. niezle niezle.
    Tzn widziałam kawałek tego ale nie spodziewałam się czegoś takiego WOW. Z gadzą się z poprzedniczką co do prezentacji zawodników w szatni. Strzał w dziesiatkę! I... ah te starsze laski ^^ A Villa może i cham ale z drugiej strony mi szkoda. No i... Dogadałaś Mario z makaroniarzami? Really? Dobrze ze on wie gdzie jego miejsce xd

    P.S. Kolejny jednopart to ten 'moj'?:D
    P.S.2 Zapraszam na kolejny rozdział na www.eternity-to-break-us.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Niby przeczytałam kawałek tego jednoparta, ale serio, nie spodziewałam się takiego czegoś, czuję się kompletnie zaskoczona, wow!
    Kolejne "wow!" jest spowodowane tym, że z reguły nie podobają mi się opka o piłkarzach klubów, które no, niekoniecznie lubię, a tutaj wow! I co, że Atletico, skoro czytam to i normalnie chcę więcej, więcej i więcej!
    O kreowaniu postaci to chyba nie muszę nic mówić, w zupełności zgadzam się z siempreinsolente. : D
    Podsumowując, świetny jednopart, czekam na kolejne :>

    OdpowiedzUsuń
  4. za villą nie przepadam, ale za Twoimi opowiadaniami jak najbardziej więc jutro wszystko przeczytam :D a tymczasem na szybko zapraszam na nowy rozdział do mnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. łoł, dziaaaało się! Moja niechęć do Villi jeszcze bardziej się pogłębiła po tym jednoparcie ;D Marita rozegrała to mistrzowsko i idelanie odpłaciła mu się za to co zrobił, szacuneczek! po raz 5359086954, kocham Twój styl pisania, czyta się z taką przyjemnością i cały czas chce się więcej! czekam na następny ;*

      Usuń
    2. Zapraszam do mnie na epilog, rany nie wierze, że dotarłam do końca :D

      Usuń
  5. W końcu dotarłam i cóż, mam mieszane uczucia. Wiesz, że uwielbiam Davida, i że również Gabi ma u mnie specjalne miejsce w sercu, a tu coś takiego...Z drugiej strony jak zwykle świetnie napisana część, ale czego innego mogłam się spodziewać? Pomysłami zaskakujesz mnie za każdym razem, teraz również nie spodziewałam się tak przeprowadzonej akcji. Czekam na następne zaskoczenie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejny jednopart, który mnie zaskoczył poprowadzeniem akcji i stylem, naprawde pięknie piszesz *__*
    David jako ten zły, zaborczy, co się musiało stać, że z wystraszonego ślubem, zakochanego nastolatka wyrósł taki facet?
    Mario może faktycznoe ją kocha, ale co jesli Daid miał rację? Marita znów zrzuci na niego, tym razem może niesłusznie, całą winę za rozpad związku.
    No i Marita, świetnie stworzona postac, naprawdę. Do końca nie wiedzialam, co zrobi, at wielki sukces autorki :D
    Czekam na następny i przepraszam za zwłokę, pozdrawiam;*

    OdpowiedzUsuń

Na komentarze typu "Fajna notka. Zapraszam do mnie" będę odpowiadać tym samym...